niedziela, 30 listopada 2014

Rozdział 11. Przebudzenie

- Elena się odzywała?- zagadnął Matt podczas cotygodniowych zakupów. Caroline pokręciła jedynie  głową i wrzuciła do sklepowego wózka pudełko swoich ulubionych płatków śniadaniowych, jednocześnie niczym radar rejestrując zawartość pozostałych półek. Mieli już zapas pieczywa, rzeczonych płatków, wędliny, jajek, sera i ulubionej kawy Eleny, jednak mimo to blondynka nie miała dosyć- uwielbiała zakupy i to pod każdą postacią.

- Pewnie jest jeszcze w pracy- stwierdziła obojętnie i zerknęła na zegarek- dopiero dziewiętnasta a wiesz, jaki się z niej ostatnio pracuś zrobił- dziewczyna przewróciła oczami.
- A co się dzieje z Tylerem?- spytał ostrożnie. Caroline zamarła z dłonią w pół drogi do półki z herbatami i choć była odwrócona do niego plecami Matt wiedział, że dokładnie w tym momencie po jej twarzy przemknął grymas bólu.
- Niby dlaczego miałby się do mnie odezwać?- udała szczere zdziwienie- prędzej do Eleny, to na jej wybaczeniu zależy mu najbardziej- dodała z goryczą.

Matt zmarszczył brwi, kompletnie zbity z tropu.

- Caro...- zaczął widząc, jak ta znów nerwowo rozgląda się po sklepie- to zabrzmiało tak, jakbyś sądziła, że Elenę i Tylera mogło coś łączyć.

Caroline przystanęła na moment i wzięła jeden, uspokajający wdech.

- To nie tak Mattie- odparła z cięzkim westchnieniem- kocham Elenę i wiem, że nigdy by mnie nie zdradziła. Chodzi o to, że... To zabrzmi okropnie i możesz mnie wziąć za desperatkę, najgorszą przyjaciółkę na świecie, ale...
- No wyduś to z siebie- ponaglił ją przyjaciel. Caroline jęknęła cicho i wbiła wzrok w sklepowy wózek, zapełniony po brzegi ich zakupami.
- Mattie, powiedz mi dlaczego wszyscy ją tak ubóstwiają? Dlaczego wszyscy traktują ją jak księżniczkę? Dlaczego przy niej zawsze wypadam blado? Ty najlepiej powinieneś to wiedzieć, w końcu sam bez przerwy myślisz tylko o niej...

Ku jej ogromnemu zdziwieniu  Matt wybuchnął gromkim śmiechem. Zgiął się wpół, opierając o wózek, żeby nie upaść i śmiał się w niebogłosy. Inni klienci przechodzący obok niego aż przystawali z wrażenia, pukając się w czoło i pomstując nad jego głupotą, ale ten nic sobie z tego nie robił, ocierając łzy rozbawienia, które zgromadziły się w kącikach jego oczu.

- Nigdy nie powiedziałbym- rzekł pomiędzy skurczami przepony- że Caroline Forbes może być zazdrosna o inną kobietę.
- To wcale nie jest zabawne- obruszyła się blodynka, wydymając wargi.
- Och wiem o tym- przyznał Matt, na próżno usiłując się uspokoić- ale musisz przyznać, że gdy taka piękna, mądra, słodka i zwariowana dziewczyna jak ty mówi, że czuje się pomijana jest to jedynie powód do śmiechu.
- Brawo, prawie udało ci się poprawić mi nastrój- mruknęła Caroline a kąciki jej ust delikatnie wygięły się ku górze.
- Przecież mówiłem to wszystko całkowicie szczerze!- zawołał Matt i delikatnie otoczył dziewczynę ramieniem, przytulając do swojego boku- ty i Elena jestecie całkowicie różne- macie inną urodę, inne upodobania, inny styl bycia, inaczej oddziałowujecie na otoczenie. A wiesz, co was łączy? Obie jesteście tak niesamowicie olśniewające, że nie da się was zapomnieć. Mącicie ludziom w głowach, zarażacie pozytywną energią i pach- albo was kochają, albo nienawidzą. I swoją drogą, gdyby nie to, że od lat traktuję cię jak młodszą siostrę sam chętnie bym się z tobą umówił.
- A no właśnie- podchwyciła blondynka- dlaczego Eleny nigdy nie traktowałeś jak młodszej siostrzyczki? Dlaczego się w niej zakochałeś?

Matt uśmiechnął się zdawkowo na wspomnienie pierwszych nastoletnich porywów serca.

- Elena była moją pierwszą miłością niemal od pierwszej chwili, gdy ją tylko zobaczyłem. Myślę, że to kwestia przyciągania, jakiegos połączenia, chemii czy jakkolwiek inaczej to nazwiesz. Jeśli coś takiego nie zrodzi się między dwojgiej ludzi to przecież nie oznacza, że jest to wina jednej ze stron. A jeśli wciąż się tym martwisz to spójrz na tego całego projektancika- poznał was dwie, ale to ty go oczarowałaś. To ty zawróciłaś mu w głowie, od samego początku. Na Elenę ani razu nie spojrzał w taki sposób, jak...
- Chodźmy do kasy- przerwała mu Caroline i spłonęła uroczym rumieńcem.
Oczywiście była zawstydzona, ale nie z powodu słów przyjaciela, lecz wspomnień, które obudziły się w niej na samą wzmiankę o Klausie. Nie rozumiała tego- znała Mikealsona zaledwie od miesiąca z czego przez dwa tygodnie nie odezwał się do niej ani razu, z jej winy oczywiście. Bardzo chciała z nim porozmawiać, wytłumaczyć, przeprosić, ale on nie odbierał od niej telefonów i sprawiał wrażenie wielce zajętego pracami nad najnowszą kolekcją, która zdaniem Eleny była przecież niemal całkowicie skończona. Poczucie winy zżerało Caroline od środka do tego stopnia, że bała się, żę pewnego dnia nie zostanie w niej nic prócz bezużytecznej, wyzutej z wszelkich uczuć skorupy.
Na szczęście w tym momencie eksedientka, stojąca za ladą skończyła kasować ich dzisiejsze zakupy i Caroline musiała przerwać rozmyślania, by skupić się na znalezieniu portfela. Wierzcie lub nie, ale znalezienie czegokolwiek w torebce Caroline Forbes graniczyło z cudem. W końcu, gdy kolejka rozrosła się aż do półek z owocami a zniecierpliwieni klienci odrzchrząkali raz za razem, posyłając dziewczynie groźne spojrzenia Matt zlitował się nad przyjaciółką i śmiejąc się cicho uregulował rachunek.

****

- Naprawdę, na nic lepszego cię nie stać?- zakpiła Elena, przekraczając próg "Pandemonium". Wywróciła oczami, gdy Damon przywitał się z bramkarzem jak ze starym przyjacielem i rozejrzała wokół. 

"Nic nadzwyczajnego"- pomyślała. Bo i rzeczywiście, klub jak każdy inny- piekielnie głośna muzyka, tłum naćpanych i pijanych ludzi, usiłujących tańczyć i udowodnić, że wciąż trzymają się na nogach, alkohol, lejący się strumieniami i ostre dyskotekowe światła. Elena uśmiechnęła się pod nosem. Przecież uwielbiała imprezy, jednak nie zamierzała mu niczego ułatwiać. Damon przywlókł ją tu siłą, używając najpodlejszej z możliwych broni- szantażu. A skoro tak to ona  musiała się postarać, żeby pożałował tej decyzji.

- Dziś rozmawialiśmy więcej niż przez ostatnie dwa tygodnie- wymruczał jej wprost do ucha a ona podskoczyła gwałtownie, gdy jego oddech załaskotał jej delikatną skórę, wywołując niekontrolowane dreszcze, przebiegające wzdłuż kręgosłupa. Damon uśmiechnął się pod nosem tym swoim tajemniczym, znaczącym uśmieszkiem, który tak ją irytował a ona w odpowiedzi zmroziła go spojrzeniem.

- Obiad i tańce? Co chcesz tym osiągnąć, uśpić moją czujność?- prychnęła, wymijając go i podeszła do baru. Obsłużył ją około dwudziestoletni blondyn o krzywych zębach i przyjaznym spojrzeniu jasnozielonych oczu. Elena zamówiła szklankę whysky, nerwowo pocierając skronie.

- Powinnaś być mi wdzięczna.- zauważył brunet, dając barmanowi znak, że zamawia to samo co ona.- zabrałem cię do jednej z najlepszych restauracji w mieście i nie pozwoliłem umrzeć z głodu. Teraz proponuję chwilę relaksu a zważywszy na to, że twój strój, gdy zdjęłaś to przeklęte bolerko, nadaje się na imprezę idealnie nie mogłem przepuścić takiej okazji- dodał, mrugając do niej porozumiewawczo.

W samochodzie przez całą drogę   nie mógł oderwać od niej wzroku. Elena miałą na sobie zwiewną granatowaną sukienkę, marszczoną na piersiach i idealnie podkreślającą jej długie smukłe nogi oraz kremowe szpilki sprawiające, że zrównała się z nim wzrostem. Dzisiaj jej włosy były  idealnie wyprostowane a krótsze kosmyki z przodu zaczesane na lewą stronę, imitując ukośną grzywkę. Odkąd zauważył jak bardzo lubiła eksperymentować z fryzurami Damon notował każdą z tych drobnych zmian i musiał przyznać, że ta dziewczyna podobała mu się coraz bardziej. Przynajmniej fizycznie. Z charakteru bowiem  Elena Gilbert była okropną zrzędą, uwielbiającą oceniać innych przez pryzmat własnej definicji moralności. Od czasu, gdy przyłapała go z tamtą modelką komunikację między nimi ograniczyła do minimum. Bez przerwy posyłała mu zimne, przesiąknięte cynizmem i obrzydzeniem spojrzenia, była chłodna i zdystansowana. Gdy próbował zaczynać normalną, neutralną rozmowę ona reagowała niemal alergicznie, rzucając kąśliwe riposty i dwuznaczne aluzje. Wiedziała, że może sobie na więcej pozwolić i zachowywała się  niczym zdradzona narzeczona, czyli dokładnie tak, jak Evelyn by się zachowywała, gdyby rzecz jasna wiedziała o zaistniałej sytuacji. To doprowadzało go do furii.

Barman podał im zamówiony wcześniej alkohol. Damon zapłacił z nawiązką i  z szelmowskim uśmiechem patrzył, jak Elena opróżnia szklankę jednym haustem, po czym prosi blondyna o dolewkę. Salvatore czym prędzej do niej dołączył i po chwili oboje pili kolejną porcję. Damon pochłonął ją w mgnieniu oka i klasnął w dłonie, uśmiechając się szeroko.

-Widzisz? Wiedziałem, że masz potencjał, tylko trzeba pomóc ci się wyluzować- wymruczał z satysfakcją. Elena zaśmiała się kpiąco i przysunęła się do niego na odległośc pocałunku. Nie była pewna, czy to wina alkoholu, który  szumiał w jej głowie czy może tego, jak jego nieziemskie zielono-niebieskie oczy, zmysłowe wargi, lśniące zaczesane do tyłu włosy i niedbale narzucona koszula, eksponująca imponujące mięśnie jego torsu wyglądają w tym świetle, ale nawet nie chciała się nad tym zastanawiać.

- Nikt nie powiedział, że nie lubię się bawić- wyszeptała, niemal muskając jego wargi swoimi. Napięcie między nimi można by było ciąć nożem, oboje czuli te ładunki elektryczne, które przebiegały pomiędzy ich ciałami i oboje nie mogli spuścić wzroku ze swoich prawie stykających się ust. Ich oddechy się przemieszały: stały się ciężkie, niemal dyszące a przecież trwało to jedynie kilka sekund- ja po prostu nie chcę bawić się z tobą- dodała na koniec, gdy była już pewna, że ten cholerny erotoman zamierza ją pocałować, po czym bardzo z siebie zadowolona odwróciła się na pięcie i dołączyła do tańczących. Z głośników popłynęła piosenka Lady Gagi: "Papparazzie". Nie zwracając uwagi na nic i na nikogo Elena przymknęła oczy i z lubością oddała się muzyce.

 I wtedy to  dostrzegł. Oczywiście wiedział to już wcześniej, ale teraz to dotarło do niego z przerażającą jasnością- Elena była niesamowicie seksowna. Nie w taki bezczelny, niemal wyuzdany sposób jak Evelyn- panna Gilbert była bardziej subtelna, zmysłowa, naturalna.  Jej uroda przyćmiła wszystkie inne kobiety na tej sali a jej blask przyciągał uwagę mężczyzn niczym płomień ćmy, choć ona sama chyba nie bardzo zdawała sobie z tego sprawę. Miała w sobie coś magnetycznego, co sprawiało, że nie można jej się było oprzeć. I pomimo całej jej niemal dzieciecej niewinności Damon dostrzegł lubieżne spojrzenia mężczyn, prześlizgujące się po jej  ciele i rozbierające ją powoli kawałek po kawałku. To obudziło w nim jakieś dziwne, nieznane dotąd uczucie, które spowodowało chęć zaopiekowania się tą nieświadomą swojej siły istotką. Gdy dotrzegł młodego faceta, który z uśmiechem poprosił ją o taniec mocniej zacisnął dłoń na szklance, ale nie interweniował, przecież to nie była jego sprawa. Zamiast tego  popijał swojego ukochanego bourbona z zafascynowaniem obserwując jej zmysłowe, ale przy tym energiczne ruchy.

 Damon niczym radar rejestrował wszystkie jej gesty- widział każdy wymach biodra, każdy uśmiech, błąkający się na wargach, każdy śmiech, każdy podskok... Chyba nigdy w życiu nie był tak świadomy czyjejś obecności. Jego uwadze nie umknęło również  żadne napięcie jej mięśnia, gdy facet, z którym tańczyła gładził jej plecy, muskał linię kręgosłupa, prowadząc ją w dość jednoznacznym tańcu.

- Dosyć tego- warknął Salvatore odciągając ją od jej "partnera", gdy ten niby przypadkiem ścisnął jej pośladek a ona, zamiast zaprotestować, jedynie roześmiałą się perliście.
- O co ci znowu chodzi?- jęknęła znudzona, wyrywając się z jego uścisku. Damon zacisnął wargi w cienką linię, próbując opanować wzbierający powoli gniew.
- Choć raz pokazuję ci, jak to jest być ocenianym przez kogoś, kto nie ma do tego prawa- odparł, uśmeichając się przebiegle- ten taniec był bardzo nieprzyzwoity panienko Gilbert. Nie uważasz, że to poniżej twojej godności?
- Ja w przeciwieństwie do ciebie nie mam żadnych zobowiązań- prychnęła, wzruszając ramionami- a Patrick jest bardzo miły i seksowny, więc jeśli pozwolisz, z chęcią do niego wrócę...- spróbowała go wyminąć, ale Damon złapał ją za nadgarstek i przyciągnął do siebie, zaglądająć głęboko w oczy.
- Myślę, że jestem o wiele lepszym tancerzem- stwierdził, uśmiechając się po nosem.
- Myślę, że nie chcę się o tym przekonać- odparła Elena, wywracając oczami.
- Zawsze mogę cię do tego zmusić...- w oczach Damona pojawiły się diabelskie iskierki.
- A ja mogę cię zmusić do kilku innych, ciekawych rzeczy- stwierdziła dziewczyna- możemy się tak szantażować bez końca, ale prawda jest taka, że żadne z nas nie może wykorzystać sekretu drugiego bez konsekwencji. Ciesz się, jesteś bezpieczny. A teraz daj mi spokój.
- O nie nie, za dobrze się bawię- wymruczał brunet wprost do jej ucha- zatańcz ze mną, w końcu ze mną tu przyszłaś...
- Nie ma mowy- prychnęła, próbując ponownie wyrwać się z jego uścisku.
- W takim razie zawrzyjmy układ- zapronował z przebiegłym uśmiechem- jeśli pokonasz mnie w zawodach picia na czas możesz robić wszystko, co chcesz, wieczór należy do ciebie. Lecz jeśli przegrasz...
- To co?- zapytała natychmiast, mrużąc oczy podejrzliwie. Damon uśmiechnął się szeroko niczym złoczyńca z kreskówek dla dzieci. 
- Jeśli przegrasz spędzisz ten wieczór ze mną- szepnął uwodzicielsko sprawiając, że zadrżała w jego ramionach.
Elena z wahaniem spojrzała w tą nieprzejednaną lazurową toń jego oczu. Nie wiedziała czy to przez wypity alkohol czy z powodu wyznawania, które jej rzucił a którego nie potrafiła sobie odmówić. Tak czy siak ostatecznie uścisnęła jego wyciągniętą dłoń, przypieczętowując umowę.

****

 - Słyszałaś, że Salvatore wywiózł gdzieś Elenę?- zagadnęła Pheobe, popijając świeżo zaparzoną kawę. Bonnie zaksztusiła się kawałkiem rogalika. 
-Kiedy? Dokąd?- wychrypiała. 
- Nie wiem, w całej firmie chuczy od plotek. Podobno ciągnął ją przez cały korytarz a potem wpakował do samochodu i pojechali gdzieś, nie wiadomo gdzie....
- Przepraszam, możesz powtórzyć?- usłyszała uprzejmy męski głos a gdy uniosła głowę napotkała spojrzenie ciemnych oczu Elijah i rozbawiony figlarny wzrok Kola. 

Pheobe zerwała się z miejsca i zarumieniła lekko, poprawiając nieistniejące fałdki na swojej sięgającej połowy uda spódniczce. Kol zaśmiał się pod nosem. Jego elegancki, zawsze opanowany braciszek nie dostrzegał tego co było oczywiste- ta dziewczyna leciała na niego. Była seksowna, ładna i urocza i Kol naprawdę nie pojmował, czemu Elijah postanowił uparcie ignorować jej zainteresowanie, zamiast wykorzystać je i odrobinę się zabawić.  Nieraz żartował, że z takim podejściem pozostanie prawiczkiem do końca życia, ale ten odpowiadał za każdym razem, że kobiety to nie zabawki i nalezy jej szanować a panowanie nad własną żądzą to istota ludzkiej moralności. I gdyby Kola choć trochę owa "moralność" interesowała z pewnością przyznałby mu rację.

- Damon zabrał gdzieś Elenę? I to w godzinach pracy?- powtórzył tymczasem  Elijah a Pheobe skinęła głową. Mężczyzna wyjął telefon, wybrał numer i czekał na sygnał, a gdy zamiast tego usłyszał głos automatycznej sekretarki zaklął siarczyście pod nosem. 
- Czy coś się stało?- zaniepokoiła się Bonnie, widząc jego rosnące zdenerwowanie. Z doświadczenia wiedziała, że zły Mikealson jest gorszy, niż rozpędzone tornado. 
- Chyba powinniśmy...Sprawdzić, czy już wrócili z tego spotkania- powiedział Elijah tajemniczo, zachowując kamienny wyraz twarzy i wymienił z bratem porozumiewawcze spojrzenie. Kol uśmiechnął się pod nosem i zniknął za drzwiami.
- Miłego wieczoru życzę- rzekł Elijah i skinął po królewsku na Bonnie i Pheobe po czym ruszył w ślady młodszego Mikealsona.

Pheobe ze zdziwieniem patrzyła za nim, gorączkowo zastanawiając się, o co mogło im wszystkim chodzić. Niby nic takiego się nie stało, ale dziewczyna czuła, że to ma jakieś swoje drugie dno a sposób, w jaki mówili o Elenie sprawił, że była niemal pewna, że to dotyczy również jej przyjaciółki.

- Zaczekaj!- krzyknęła nim zdążyła się powstrzymac i wypadła za nim  na korytarz. Elijah przystanął i spojrzał na nią zdziwiony. Nie przypominał sobie, żeby kiedykolwiek przeszli na "ty" a Pheobe darzyła go zbyt wielkim szacunkiem, żeby pozwolić sobie na podobne niedociągnięciem. Pod wpływem jego spojrzenia dziewczyna spłonęła szkarłatnym rumieńcem a Mikealson ze zdziwieniem zauważył, że na tle oliwkowej skóry wyglądało to nadzwyczaj urzekająco.
- Panie Mikealson- zaczęła, spuszczając wzrok- czy wszystko w porządku?
- Oczywiście- potwierdził mężczyzna swoim zimnym, oficjalnym głosem-a teraz wybacz, ale wracam do swoich obowiązków...
- Chwileczkę- poprosiła, instynktownie zaciskając palce na jego ramieniu. Elijah drgnął i spojrzał jej głęboko w oczy, porażony ich głębią i inteligencją. Nie potrafił tego racjonalnie wytłumaczyć, przecież pracował z nią tu już od jakiegoś czasu a nigdy dotąd nie pomyślał o niej jak o uroczej i pięknej młodej kobiecie.
Pheobe głośno przełknęła ślinę i powoli odsunęła się od swojego szefa z zakłopotaniem.
- Czy to dotyczy Eleny?- spytała cicho, wbijając wzrok w swoje buty. Jego milczenie wzięła za odpowiedź twierdzącą. Uniosła głowę i posłała mu błagalne spojrzenie- proszę mi tylko powiedzieć, że to nic poważnego. Nie chcę się o nią martwić...
Elijah uśmiechnął się łagodnie. Nie miał pojęcia, że Elena zdołała zaprzyjaźnić się z kimlkowiek w firmie, w końcu było tyle bieganiny wokół nowej kolekcji, że nawet nie miał czasu, żeby z nią spokojnie porozmawiać. Cieszył się jednak, widząc szczere zaniepokojenie w oczach tej dziewczyny. Widział, że naprawdę zależy jej na jego odpowiedzi.
- To nic poważnego, naprawdę- zapewnił ją nadzwyczaj ciepło- nie musisz się martwić- dodał i już chciał odejsć, ale ona ponownie go zatrzymała.
- Nie znam jej zbyt długo i niewiele jeszcze o niej wiem, ale zaprzyjaźniłyśmy się i może na mnie liczyć w każdej sytuacji. Chciałabym, żeby pan o tym wiedział- rzekła poważnie. Elijah zmarszczył brwi.
- Dlaczego?- zapytał z pewną dozą ledwo wyczuwalnego niepokoju. W myślach wyklinał od najgorszzych kretyński pomysł siostry z ukrywaniem ich pokrewieństwa. Przecież dobrze wiedziała, że nikomu nie wyjdzie to na dobre!
- Bo jeśli będzie się coś działo chcę, żeby pan mi o tym powiedział- odparła z rozbrajającą szczerością- chcę, żeby pan wiedział, że można mi ufać bezgranicznie i... że zawsze można na mnie liczyć.

Elijah zamarł, zaskoczony wydźwiękiem tych kilku prostych słów. Odniósł niedoparte wrażenie, że Pheobe nie mówi już tylko o swojej relacji z jego młodszą siostrzyczką.

- Jasne, będę o tym pamiętać- zapewnił ją miękko, po czym wrócił do swoich obowiązków, zostawiając ją samą z rozmarzonym uśmiechem, błakającym się na ustach.

****



- Tak, wygrałam!- zakrzyknęła Elena i odtańczyła dziki taniec radości, przy aplauzie innych uczestników konkursu picia na czas. Siedem szklanek whysky dało o sobie znać: dziewczyna zachwiała się i wylądowała prosto w ramionach rozochoconego Damona, wybuchając perlistym śmiechem.

- Zgoda, wygrałąś wolność- przyznał, motylim gestem odgarniając włosy z jej twarzy. Elena była tak zamroczona, że nawet nie zaprotestowała, co więcej, zachichotała cicho- ale może zlitujesz się nad przegranym i zarezerwujesz dla mnie jeden taniec?- dodał, robiąc oczy szczeniaczka.
- Nie- zaprotestowała rozbawiona, wyrywając się z jego uścisku. Damon uśmiechnął się pod nosem, gdy musiała podeprzeć się o bar, żeby nie upaść.
- No proszę cię- jęknął, udając niewiniątko- proszę, proszę, proszę....
- No dobra- krzyknęła zaraz po tym jak usłyszała kolejne przeciągłe:"proooo". Damon klasnął w dłonie tryumfalnym gestem.
- Ale tylko dlatego, że nigdy dotąd nie usłyszałam z twoich ust tego słowa- zastrzegła i pozwoliła mu się poprowadzić na parkiet. Z głośników dudniła właśnie piosenka "I got it from my mama". Damon prowadził ją odważnie, wywijając nią na prawo i lewo. Elena pod wpływem alkoholu była przezabawna i musiał naprawdę uważać, żeby nie upadła. Dziewczyna cieszłą się jak dziecko, kręcąc biodrami, które on delikatnie muskał, czując ładunek elektryczny, przebiegający pomiędzy ich ocierającymi się o siebie ciałami. To było coś niesamowitego.

I wtedy piosenka się zmieniła na bardziej nastrojową. Część osób zeszła z parkietu, część dobrała się w pary, kołysząć się lekko. Elena i Damon tylko na moment zamarli, bo już po chwili chłopak objął ją w talii, ona oparła dłonie na jego ramionach i zaczęli wirować na parkiecie. Dopiero po sekundzie Elena rozpoznała utwór, płynący z głośników-  "Living in a world without you".

You told me: "My darling
Without me, you're nothing"
You taught me to look in your eyes
And fed me your sweet lies


 Mimo częściowego zamroczenia Elena byłą przerażająco świadoma jego obecności. Jak zahipnotyzowana wpatrywała się w jego oczy, nie mogąc odwrócić od niego wzroku. W tym świetle były błękitne jak nieprzejednana toń oceanu. A ona nieubłaganie i nieodwracalnie schodziła na samo dno. 

Suddenly someone will stare in the window
Looking outside at the sky that had never been blue

Damon delikatnie przebiegł dłonią wzdłuż jej kręgosłupa a ona zadrżała silnie, wnijając paznokcie w jego ramiona. Próbowała zachować między nimi dystans, ale nie było to łatwe, gdy tańczyli tak blisko, że czuła jego zmysłowy zapach.

Ahh, there's a world without you I see the light
Living in a world without you
Ahh, there is hope to guide me
I will survive
Living in a world without you


 Damon obrócił ją w efektownym piruecie a gdy ponownie ją do siebie przyciągnął, była jeszcze bliżej niż poprzednio, zaplatając dłonie na jego szyi. Dziewczyna, zaskoczona, nieświadomie rozchyliła wargi. 


It's time to believe that it came to this
You paralysed my body with a poison kiss
For fourty days and nights I was chained to your bed
You thought that was the end of the story
Something inside me called freedom came alive
Living in a world without you

Kolejny obrót sprawił, że Elena zawisła w jego ramionach, ledwo kilke centymetrów od podłogi. Niemal stykali się wargami, gdy Damon  bardzo powoli powracał do pionu, nie spuszczając przy tym wzroku z jej czekoladowych oczu. 

- Muszę się przewietrzyć- wyjąkała Elena, wyrywając się z jego uścisku i czym prędzej wybiegła z klubu. Damon pokręcił głową zrezygnowany  i ruszył za nią. 

****


Elena oparła się o ścianę klubu, oddychając głęboko. Wciąż czuła zawroty głowy, ale chłodne powietrze otrzeźwiło ją na tyle, że mogła choć spróbować przeanalizować zaistniałą sytuację. Jak mogła być taka głupia, przecież wiedziała, że ten cholerny zadufany w sobie pajac spróbuje wykorzystać jej słabość, ale nic nie zrobiłą, by temu zapobiec. Całe szczęście, że stamtąd uciekła, kto wie, co mogło się wydarzyć!

- Gorąco ci kochanie?- usłyszała a gdy uniosła głowę ujrzała nad sobą dwójkę rosłych mężczyzn, ledwie trzymających się na nogach. Zadrżała silnie pod wpływem ich lubieżnych spojrzeń, bezczelnie prześlizgujących się po całym jej ciele. 

- No pewnie Will, przecież to gorąca laska- zarechotał jego kolega i odgarnął kosmyk włosów, opadający na jej policzek- obserwowałem cię przez całą noc, jesteś niesamowicie seksowna...
- Zostaw mnie- Elena odskoczyła od niego i spróbowała go wyminąć, by wrócić na imprezę, ale facet owinął jej nadgarstek niczym macka ośmiornicy i przyciągnął ją do siebie w gwałtownym pocałunku. 

Elena czuła, jak bezpardonowo wdziera język do jej gardła- smakował wódką i tanim winem. Próbowała krzyczeć, ale głos ginął w jego wargach, które teraz miażdżyły jej usta, sprawiając jej ból. Wyrywała się, kopała, ale jego kolega przytrzymał ją od tyłu, unieruchomiając i nie dająć szansy na ratunek. Czuła ich oślizgłe dłonie, przemieszczające się jej udach, pupie, piersiach, płaskim brzuchu i nic nie mogła zrobić. Łzy bezsilności spłynęły po jej policzakach, ale to tylko rozochociło napalonych mężczyzn.

I właśnie wtedy, gdy straciła ostatnią nadzieję, coś gwałtownie odciągnęło od niej napastników. Wszystko działo się jak w zwolnionym tempie- Elena zachwiała się, zatoczyła do tyłu i legła na ziemię jak długa, niefortunnie amortyzując upadek na lewej ręce. Usłyszała chrupot i poczuła tak silny ból, że aż przed jej oczami stanęły czarne mroczki. Wokół siebie słyszała krzyki,  jęki przepełnione bólem, przekleństwa i groźby, ale nie miała siły, żeby chociaż unieść głowę i sprawdzić, co się dzieje. Po chwili wszystko ustało i poczuła czyjeś ręce, owinięte wokół talii i pomagające stanąc o własnych siłach. Elena spojrzała wprost w zaniepokojone oczy Damona. 

- Co się dzieje?- spytała zaskoczona, patrząc na jej  napastników, leżacych na ziemi w nienaturalnych pozach i ociekających krwią. W oddali brzmiał sygnał zbliżającego się radiowozu a wokół pobojowiska zebrało się sporo gapiów, robiących zdjęcia i szepczących do siebie. 

- Spokojnie, już się nimi zająłem. Nikomu nie zrobią krzywdy- wyszeptał Damon wprost do jej ucha i narzucił na jej ramiona swoją skórzaną kurtkę. Elena jęknęła z bólu, gdy musnął jej lewe ramię. Brunet zmarszczył brwi i zaklął pod nosem. 
- Może być złamana- oświadczył i poprowadził ją ostrożnie do swojego samochodu.- jedziemy do lekarza- zarządził i ignorując jej protesty odpalił silnik, wyjeżdżając na ulicę z piskiem opon. 

****


- Dzięki za podwiezienie- powiedziała Elena, przerywając niezręczną ciszę, która panowała między nimi od kiedy opuścili szpital. 
- Nie dziękuj, w końcu to wszystko moja wina- powiedział, znacząco spoglądając na gips, owinięty wokół jej ręki- powinienem bardziej cię pilnować. Takiej ślicznotki nie można zostawić samej nawet na pięć minut. 

Elena spuściła wzrok, próbując ukryć rumieniec, który pojawił się na jej twarzy pod wpływem jego komplementu i tego intesywnego spojrzenia jego lazurowych tęczówek. To było coś, czemu nie potrafiła się oprzeć. 

- Wyluzowałam się, zabawiłam i było zupełnie inaczej, niż sobie to wyobrażałam...
- A co? Myślałaś, że przelecę cię na parkiecie?- zapytał z przekornym uśmiechem. 
Elena zmrużyła oczy i wydęła wargi. 
- Mniej więcej, chociaż bardziej obstawiałam stół bilardowy- odparła, marnie udając powagę. Oboje wybuchnęli śmiechem. 
- Może wezmę to pod uwagę- powiedział, przeciągając głoski, ale Elena doskonale wiedziała, że tylko się zgrywa. 
- Może w twoich snach- odparła, nachylając się do niego nieznacznie. 
- Zawsze- szepnął z przewrotnym uśmiechem. Dziewczyna przewróciła oczami i sięgnęła po klamkę. 
- To był naprawdę miły wieczór- wyznała szczerze- a ty potrafisz być w porządku, szkoda tylko, żę sam tego nie wiesz- dodała, wysiadając z auta. Poczekała, aż odjedzie, odwróciła się w stronę swojego apartamentowca i zamarła. 
Pod drzwiami stała Rebekah, Klaus, Kol, Elijah, Caroline i Matt, który obejmował blondynkę ramieniem. Panna Forbes co chwilę zerkała na Niklausa, który ostentacyjnie ją ignorował, ale straciła całe zainteresowanie jego osobą w chwili, gdy ujrzała Elenę idącą w ich kierunku. 

- Co wy tu robicie?- spytała brunetka niepewnie. Jej rodzeństwo i przyjaciele, którzy o niczym nie mieli pojęcia czekali na nią razem o drugiej w nocy? To nie mogło skończyć się dobrze.
Caroline prychnęła cicho. 
-Martwiliśmy się, nie odbierałaś telefonu- powiedział Elijah a jego spokojne roczarowanie sprawiło, że Elena poczuła niemałe wyrzuty sumienia i aż skuliła się w sobie. 
- Dzwoniłem dwadzieścia trzy razy i zawsze włączała się poczta głosowa- dorzucił Kol, poważny jak nigdy.
- Wiesz, po prostu zniknęłaś bez słowa i chcieliśmy sprawdzić, czy nasza...- zaczęła Rebekah ostro, ale przerwała pod wpływem błagalnego spojrzenia Eleny-... przyjaciółka nie wylądowała w jakimś rowie. 
- Albo gorzej. Przecież byłaś  z Salvatorem- dodał Klaus, zakładając ręce na piersi. Caroline zamarła na dźwięk tego nazwiska i zacisnęła usta w cienką linię, wymieniając z Mattem porozumiewawcze spojrzenia. 
- Co to jest?- spytał Kol, wskazując jej gips- no nie, nie dość, że z nim byłaś to jeszcze przez niego jesteś ranna? Jak go jutro spotkam... 
- To nie jego wina- Elena zaprostestowała gwałtownie- właściwie to on mnie uratował... długo historia- dodała pospiesznie, czując na sobie ich pytające spojrzenia- dziękuję za troskę, ale jeśli to wszystko to chciałabym się już położyć... To był długi dzień. Dobranoc- powiedziała, po czym nie czekając na odpowiedź zniknęła za drzwiami apartamentowca. 
Caroline uśmiechnęła się blado i spojrzała po raz ostatni na Klausa, który właśnie wsiadał do swojego czarnego audi i odjechał z piskiem opon. Matt uścisnął ją pocieszająco i razem wrócili do mieszkania. 
Elena zastali w kuchni, próbującą za pomocą jednej ręki nastawić wodę na herbatę. 

- Co ty sobie do licha wyobrażasz?- zaatakowała ją Caroline- pracujesz  całe dnie, bierzesz te cholerne nadgodziny i nawet nie masz czasu, żeby z nami porozmawiać. Potem się okazuje, że zniknęłaś- myślałam, żę zawału dostanę. Pojawiasz się ze złamaną ręką i ani jednym wyjaśnieniem, nie intersuje cię, ilu ludzi się o ciebie martwiło a sama widziałaś, było ich sporo. 
- Caroline...
- Czekaj, nie skończyłam- blondynka spojrzała jej głęboko w oczy, dopatrując się w nich szczerości- kiedy zamierzałaś nam powiedzieć, że twój szef ma na nazwisko Salvatore? Brzmi bardzo zanjomo, prawda?

"Cudnie"- jęknęła Elena w duchu, przygryzając dolną wargę.

poniedziałek, 17 listopada 2014

Rozdział 10. Instynkt Drapieżnika

Nie zamierzałam w tym tygodniu wstawiać kolejnego rozdziału, jednak nagły przypływ weny nie pozwolił mi czekać i tak powstał rozdział 10 ;))  Nei ejst najlepszy, bo krótki i bez akcji. Po prostu mnie natchnęło i nie mogłam się doczekać, żeby go wstawić, więc zrezygnowałam z pisania kolejnej części, która pojawi się w następnym rozdziale. Mimo wszystko mam nadzieję, że będzie się wam podobać....

No to lecim ;-P 



Wyjazd Lexi mimo wszystko przebiegł bez echa i szczególnych dramatów. Blondynka w trzech dużych walizkach upchnęła cały swój dobytek życiowy, pożegnała się z Tylerem i napisała krótkie wiadomości  do Eleny i Caroline  a godzinę później oglądała Nowy York z lotu ptaka ze smutkiem obserwując, jak jej ukochane miasto powoli maleje aż wreszcie znika za gęstą mgłą. Mimo wszystko wiedziała, że wyjazd to najlepsze, co w tamtej chwili mogła zrobić.


Caroline właśnie siedziała z Mattem w kinie, oglądając kolejną nudnawą co prawdę część "Gwiednych Wojen", gdy poczuła wibracje w tylnej kieszeni jeansów. Dsykretnie sięgnęła po telefon. Czuła, że to coś ważnego, w końcu dzisiaj był ten dzień- dzień wielkich zmian, dzień, w którym mieli zacząć od początku z czystą kartą, oficjalnie kończąc jeden z trufniejszych etapów w swoim dziewiętnastoletnim życiu. Blondynka z roztargnieniem nacisnęła ikonę wiadomości tekstowej i otarła pojedyncze łzy, które zebrały się w kącikach jej oczu.

Walcz o swoją miłość tak, jak ja nigdy nie walczyłam. Wiem, że teraz tego nie czujesz, ale uwierz: Klaus w końcu Ci wybaczy. Jesteś piękna, mądra, wesoła i urocza- jak mógłby nie wybaczyć? 
Życzę Ci wszystkiego najlepszego i mam nadzieję, że kiedyś jeszcze się spotkamy w lepszych okolicznościach. 
xO xO Lexi
 

Ten dzień, niedzielę konkretnie, Elena spędziła w pracy, bo tylko tam była zmuszona wykazywać się jakąkolwiek inicjatywą i czuła się potrzebna. Wiedziała, że gdyby przebywała w domu godziny, jakie poświęciła na wykonanie dokładnego zestawienia budżetu przeleżałaby w łóżku albo przetańczyłaby w klubie nocnym, próbując zapić apatię, wywołaną przemożnym żalem. Oczywiście nigdy by się do tego nie przyznała, ale mimo swojego stosunku do Damona była mu wdzięczna za nawał obowiązków, jakimi ją zarzucił. Dzięki temu miała usprawiedliwienie dlaczego nie odbiera większości telefonów i nie przeczytała esemesa od Lexi. Nienawidziła pożegnań a wiadomość od dawnej przyjaciółki zapewne doprowadziłaby ją do łez zwłaszcza, że gdzieś z tyłu głowy czaiła się cichutka acz wyjątkowo irytująca myśl, że być może to ostatni raz, gdy miała okazję ją zobaczyć i że powinna była pojawić się na lotnisku chociażby przez wzgląd na dawne czasy. Z tego samego powodu jednak wolała spędzić ten czas, zawalona papierami. 
Jednak jak to mówią co się odwlecze to nie uciecze. Po północy, już w domu, siadła na łóżku z kubkiem herbaty w ręku i poraz kolejny spojrzała na wyświetlacz telefonu, na tę irytującą ikonkę koperty, informującą o nieprzeczytanej wiadomości. Zaklęła siarczyście pod nosem i wreszcie nacisnęła ten przeklęty przycisk, przebiegając szybko wzrokiem po tekście:

Naprawdę Cię rozumiem i naprawdę nie mam Ci niczego za złe. Tylko tyle chciałabym ci powiedzieć. Dobrze Cię znam i wiem, że zapewne teraz zastanawiasz się co by było, gdybyś zachowała się inaczej i użyła  innych słów przy naszym ostatnim spotkaniu, choć jesteś zbyt dumna, by się do tego przyznać.  Co by było, gdybyś przyjechała na lotnisko, by się pożegnać? Cóż, myślę, że nasze pożegnanie nastąpiło już dawno temu i nie warto tego powielać. Nie cofniemy czasu i nie zapomnimy tego, co było złe, chociaż ja bardzo bym chciała. 
Wiem, że nigdy nie zrozumiesz moich decyzji. Ja sama ich nie rozumiem, ale taka włąśnie jest miłość- nieprzewidywalna, głupia, szalona. Wydawało mi się, że to łączy mnie z Tylerem a skoro tak było, to nie mogłam myśleć jasno i racjonalnie. Gdybym się nad tym głębiej zastanowiła wiedziałabym, że to nie jest tego warte. Zraniłam tylu ludzi, którzy na to nie zasługiwali i wyszłam na zwykłą kłamliwą dziwkę. Nie masz pojęcia jak bardzo mi wstyd. 
Rozumiem, że te słowa niczego nie załatwią, ale chcę, żebyś wiedziała, że byłaś moją prawdziwą i jedyną przyjaciółką. Wiele się zmieniło, ale to we mnie zawsze pozostanie. Nie mam Ci za złe, że stanęłaś po stronie Caroline, bo to tylko świadczy o tym, jaką wspaniałą przyjaciółką jesteś. Podobnie jak ja podjęłaś własną decyzję, tyle że twoja była właściwa. 
Mimo wszystko dziękuję za to, co kiedykolwiek dla mnie zrobiłaś i za wszystko, co mogłaś dla mnie zrobić; dziękuję Ci za wszystkie piękne chwile, jakie razem spędziłyśmy i za całe wsparcie, jakiego mi  udzielałaś. Mam nadzieję, że już zawsze będziesz taka jak teraz, że się nie zmienisz i osiągniesz wszystko, o czym tylko zamarzysz. Zasługujesz na to. 

Boże, jaki ten esemes jest długi. Aż wstyd mi go czytać, ale musisz wiedzieć, że to właśnie powiedziałabym Ci, gdybyś wczoraj dała mi dojść do głosu. Mogłabym napisać po prostu: "bardzo za Tobą tęskniłam", ale sądzę, że to nie byłoby w takiej sytuacji odpowiednie. Jeżeli tę wiadomość przeczytałaś do końca to juz i tak sukces, bo wiem, że nawet na to nie zasłużyłam. Byłam okropna i strasznie mi z tego powodu wstyd. Mam nadzieję, że kiedyś mi wybaczysz. 
Proszę, przeproś raz jeszcze ode mnie Caroline a zaraz potem gorąco ją ucałuj. 
Mam nadzieję, że podobnie jak ja zaczniecie od zera. Może to sprawi, że kiedyś pomyślicie o mnie z uśmiechem na ustach, wspominając tylko te dobre chwile. Podobno czas leczy rany i własnie to wam daję: nieograniczony czas. Bo wiesz Eleno, ja już nie wrócę. I mam szczerą nadzieję, że chociaż to przyjmiesz jako rekompensatę za wszystkie krzywdy, jakie wam wyrządziłam. 
 xO xO  Lexi


****
Dwa tygodnie minęły jak z bicza strzelił i Rebekah po raz kolejny się spieszyła, by oddać na czas zestawienie bankietów  i  konferencji prasowych, zaplanowanych na czas trwania kampanii promocyjnej nowej kolekcji. 
"Kolejny leniwy piątek"- pomyślała z kpnią, wertując nerwowo trzymane w ręku papiery. Była wściekła jak nigdy dotąd. W myślach oszacowała wszystkie porażki i sukcesy firmy z ostatnich dwóch tygodni. Nie wyglądało to zbytnio imponująco. 
Co prawda zatrudnili modelki do pokazu  i uporali się z zapasami, zalegającymi w magazynach i   to było zdecydowanie na plus. Rebekah była dumna z siostry, która owy plan opracowała już pierwszego dnia pracy. Na tym jednak kończyła się ich dobra passa. 
Część projektów Klausa nagle zaginęła w niewyjaśnionych okolicznościach. Tuż przed podpisaniem intratnej umowy z włoską firmą odzieżową ci wycofali się nie podając powodu, choć dzień wcześniej twierdzili, że kontrakt z S&T to dla nich zaszczyt i wielka szansa, by zaistnieć również na rynku amerykańskim. Potem wynikło to zamieszanie na targach mody, gdy okazało się, że ktoś odwołał ich udział natomiast kreacje, które dostarczono wprost ze szwalni okazały się być dziełami innego domu mody. Na domiar złego aferę wyniuchali paparazzie i następnego dnia cała Ameryka chuczała od plotek na temat rzekomego gwałtownego obniżenia się standardów firmy. S&T zyskało etykietkę plagiatorów a pokaz, który mógłby oczyścić ich dobre imię przesunął się o kolejne dwa tygodnie. Rebekah cieszyła się, że  Andrew oraz Esther Mikealson i Giuseppe Salvatore  znajdują się teraz w Pradze i liczyła, że uda im się uprzątnąć ten bałagan zanim wrócą. Wszyscy chodzili jak na szpilkach nie wspominając o prezesie, Klausie,  Elijah i oczywiście samej Rebekah, którym lepiej było od razu schodzić z drogi, jeśli chciało się utrzymać pracę. Atmosfera w firmie chyba nigdy nie była tak napięta.
Zatopiona we własnych myślach Rebekah poruszała się po firmie już niemal na wyczucie, nawet nie patrząc pod nogi toteż doznała mocnego wstrząsu, gdy zderzyła się z kimś na zakręcie a plik dokumentów wypadł jej z ręki i rozsypał się po podłodze. 

- Jak leziesz sieroto?!- warknęła i rzuciła się natychmiast, by uprzątnąć bałagan, który powstał bądź co bądź z jej winy. 
- No nieźle- usłyszała ten przeciągły głos, który wywoływał nieprzyjemne dreszcze w jej ciele. Uniosła głowę i napotkała czarne oczy Enzo. To jego  intensywne, prześwietlając eniczym rentgen  spojrzenie sprawiło, że poczuła się niemal naga. Boże, jak ona go nienawidziła!
Wzdrygnęła się odruchowo i wstała z klęczek, zrównując się z nim twarzą w twarz. 
Była wściekła. Nie dość, że z jego winy upuściła bardzo ważne dokumenty to jeszcze ten cham zamiast jej pomóc z kpiącym uśmiechem przyglądał się jak ona, jego bądź co bądź szefowa, miota się po podłodze sprzątając efekty jego nieporadności. Szczyt wszystkiego!

- Zawsze sądziłem, że to na mnie masz alergię- ciągnął, jakby nie zauważając jej ostrzegawczego spojrzenia. 
- Bo to prawda- prychnęła, wywracając oczami. Enzo wyszczerzył się w złośliwym uśmiechu. 
- Nie, ty po prostu jesteś suką- odparł, jakby to była najbardziej oczywista rzecz na świecie a gdy ta oburzona otwierała usta, by odpowiedzieć dodał- wydarłaś się na mnie zanim w ogóle zrozumiałaś, że to ja- jego rozbawienie doprowadzało  ją do szału. 
- Wyobraź sobie, że ostatnio żyję w ciągłym stresie- warknęła, z całej siły uderzając go w klatkę piersiową. Ten skrzywił się teatralnie, udając ból, co wywołało cień uśmiechu na jej zmęczonej twarzy- lepiej, żeby nikt teraz nie wchodził mi w drogę. 
- Masz rację- powiedział i jakby na potwierdzenie swoich słów oparł się nonszalancko o ścianę, tarasując przejście. Rebekah zmrużyła oczy. 
- Lubisz igrać z ogniem, co?- spytała retorycznie, kręcąc głową z niedowierzaniem- w takim razie uważaj, bo możesz się poparzyć- dodała słodko i z całej siły pchnęła go w głąb korytarza po czym unosząc dumnie podbródek wyminęła go. 
- Ogień, który raz sparzył drugi raz nie robi wrażenia- zawołał za nią a ta prychnęła i zniknęła w głębi gabinetu numer sto trzydzieści. Ezno, pogwizdując wesoło, wrócił do swojego biura wspominając dzień, gdy rozpoczęła się ich wojna. To był jeden jedyny dzień, gdy się nie kłócili, dzień, w którym się poznali. Może było tak miło, bo po prostu ze sobą nie rozmawiali? Oczywiście, używali mowy- mowy ciała, o wiele bardziej wymownej niż jakiekolwiek przemowy, oraz ust, choć zgoła w nieco innym celu. Wtedy nie wiedzieli o sobie nic, ale ta jedna noc zaważyła na całej ich relacji....

Październik, 2011 rok. 

Enzo westchnął z lubością, rozglądając się po sali w poszukiwaniu jakiejś atrakcyjnej, samotnej pani. Właśnie kończył dwadzieścia cztery lata a jego najlepszy przyjaciel od piaskownicy Damon namówił go na udział w bankiecie promującym nową kolekcję, sygmowaną przez S&T Fashion, firmę jego ojca.
"Wiesz ile modelek się tu pojawi? Będzie w czym wybierać"- mówił i ostatecznie Ezno zgodził się na taki układ, w końcu darmowe żarcie, seks i alkohol to gra warta świeczki. 
Jednak to nie modelki, o których wspominał mu przyjaciel zwróciły jego uwagę, lecz pewna piękność, stojąca po środku tego całego zbiorowiska z szampanem w ręku. Rozglądała się wokół, obserwująć gości czujnym spojrzeniem dużych oczu w kolorze burzowego nieba, delikatnie podreślonych eyelinerem. Jej dumna sylwetka i znudzony wyraz twarzy przywodził na myśl te wszystkie waleczne księżniczki z opowieści dla dzieci i rzeczywiście, gdy jej się przyjrzał dostrzegł w niej cos niesamowicie majestatecznego, co budziło respekt i grozę, ale równocześnie wywoływało jego zawadiacki uśmiech. 
Kobieta była naprawdę piękna. Swoją urodą zdecydowanie przyćmiewała wszystkie panie, obecne na sali. Wszystko w niej budziło zachwyt: od lśniących, sływających kaskadą na plecy złotych loków, poprzez zdrabny malutki nosek, pełne, przywodzące na myśl dorodne maliny usta aż po smukłą sylwetkę osy i pełne piersi, podreślone przez mieniącą się sukienkę, spływającą płynnym złotem do ziemii.
Ezno jednym chaustem próżnił kieliszek szkodzkiej i podszedł do niej z szelmowskim uśmeichem na ustach. 

- Co taka piękna dziewczyna robi tu samotnie?- spytał a ona zlustrowała go od stóp do głów po czym na jej wargach zagościł kpiący półuśmiech, który przejął go do głębi. 
- Czeka na nawalonego frajera, który spróbuje ją poderwać i zaciągnąć na parkiet- odparła dumnie, upijając łyk szampana. Enzo pochylił się nad nią nieznacznie. 
- Jeśli takiego spotkam na pewno wybiję mu zęby w pani imieniu- zapewnił i puścił jej perskie oko- ja raczej myślałem o postawieniu pani kilku drinków...
- Chce pan mi postawić coś, za co nie musi pan płacić?- brwi blondynki uniosły się do góry a Enzo zachichotał, przykładając palec do ust. 
- Cii, nikt nie musi wiedzieć- szepnął a ona, wiedziona jakimś nienazwanym insktynktem ruszyła z nim w kierunku baru. 

I tak to się zaczęło. Wspólne picie, wspólny taniec, zwięczony pełnym pasji pocałunkiem. Już w holu zerwał z niej kolię i obcałowywał jej biust, kierując się coraz niżej. Ciężko dysząc wpadli do jednego z wynajętych pokoi i opadli na łóżko. W mgnieniu oka dziewczyna pozbawiła go ubrań a on odwdzięczył się tym samym, zrywając z niej bajeczna suknię, za którą później kazała mu zapłacić. Nie znali nawet swoich imion, ale to nie było ważne, gdy dziewczyna wiła się pod nim, jęcząc w rytm ruchów jego palców. Wkrótce osiągnęła pierwszy szczyt tej nocy, ale na tym nie poprzestała- usiadła na nim okrakiem i tym razem to ona dawała mu maksimum przyjemności. 
Szybko się zorientował, że była całkiem dobra w te klocki. Nigdy nie czuł czegoś takiego, jak w tamtym momencie a gdy się połączyli, to było jak uderzenie pioruna. Ich ciała idealnie ze sobą współgrały a namieność między nimi mogłaby spalić cały las. Orgazm, wykańczający, intensywny, ostateczny, przeżywali wspólnie, w tym samym momencie. 
A potem opadli obok siebie na łóżku, jednak żadne z nich nie chciało pozbawić się bliskości, która dawała obojgu tyle przyjemności. To był pierwszy i ostatni raz, gdy ona spała w jego ramionach i to tamtej nocy zdecydował, że powinien przyjąć propozycję pracy od Damona. Wiedział, że to może być naprawdę ciekawe doświadczenie.

****

Elena zaciskała usta w cienką linię, gdy Damon powoli czytał rozpisany w punktach szczegółowy plan działania na przyszły tydzień, któremu dziewczyna poświęciła całe trzy godziny. Palce jej odpadały, głowa puslowała tępym bólem i Elena  żywiła szczerą nadzieję, że jej praca w jakimś stopniu się opłaci a co najwiażniejsze zadowoli temu pozera, który jakimś cudem zajmował prezesowski fotel. Tymczasem jego wyraz twarzy doprowadzał ją do szału.
Damon umyślnie przeciągał moment wydania wyroku na temat dokumentu, który miał przed sobą. Tak naprawdę miał dziwną pewność, żę wcale nie musi tego sprawdzać, żeby wiedzieć, że Elena jak zwykle perfekcyjnie wykonała powierzone jej zadanie- w ciągu tych kilku tygodni zdołał się już przekonać o jej niezawodności i o tym, że w podobnych kwestiach może jej bezgranicznie zaufać. Mimo to nie mógł oprzeć się pokusie droczenia się z nią. To stało się już pewnego rodzaju hobby. Gdy trzymając w zębach długopis pomrukiwał ni to z powątpniewaniem ni to z aprobatą dziewczyna uroczo marszczyła nosek i zagryzała wargi, powstrzymując krzyk a on próbował zdusić w sobie wybuch śmiechu. Jej złość była słodka i naprawdę niesamowicie go bawiła.

- No i?- zagadnęła, tracąc cierpliwość. Damon wydął wargi udając zamyślenie a w niej aż się zagotowało. Zacisnęła dłonie w pięści i czekała, czując narastające z każdą sekundą zdenerwowanie. Na jego ustach błąkał się pełen satysfakcji, zwycięski uśmiech. To doprowadzało ją do szału.
"Nie pozwól mu się sprowokować. Nie pozwól mu się sprowokować."- powtarzała w myślach, biorąc kilka uspokajających wdechów.
- Plan jest dobry- oznajmił w końcu Salvatore z wyuczoną obojętnością- wiesz, pracujesz tu  dopiero pd miesiąca... Wyrobisz się jeszcze- dodał z kpiarskim uśmiechem. Twarz Eleny stężała gniewem. Dziewczyna zerwała się z miejsca niemal przewracając przy tym fotel i spojrzała na niego wilkiem.
"To będzie dobre"- pomyślał, wygodnie rozsiadając się w fotelu.

- Ty jesteś chyba nienormalny- warknęła, dysząc z furią- pracowałam nad tym przez bite trzy godziny a ty mi mówisz, że jest "dobrze"? Nie znajdziesz nikogo, kto zrobiłby to lepiej!
- No proszę, jaka skromna- na twarzy prezesa pojawił się szelmowski uśmiech- więc jednak jest coś, co nas łączy.
- Nie porównuj nas do siebie!- krzyknęła Elena w świętym oburzeniu- nie jestem takim zakłamanym narcyzem jak ty i w przeciwieństwie do ciebie ja wykonuję swoją pracę i tylko swoją pracę- zaznaczyła złośliwie- jakim cudem dostałeś się na to stanowisko?
- Po prostu wykonywałem swoją pracę najlepiej, jak tylko się dało- odparł z lubością obserwując rumieńce wściekłości, pojawiające się na jej bladej twarzy- nie było nikogo, kto zrobiłby to lepiej- dodał piskliwym głosem a ona domyśliła się, żę ją przedrzeźnia, co tylko spotęgowało jej złość.
Elena pochyliła się nad biurkiem, opierając na łokciach i tym samym zmniejszyła dzielącą ich odległość niemal do zera. Jej czekolade oczy płonęły a rozchylone usta kusiły jednak obok tego uwagę Salvatore'a przykuł jej głęboki dekolt, który teraz znalazł się na wysokości jego wzroku. O tym, żę jej piersi były niezwykle jędrne i kształtne zdołał się przekonać już wtedy w parku, gdy spotkał ją podczas porannego joggingu, ale teraz gdy miał to wszystko na wyciągnięcie ręki... Cóż, nie mógł powiedzieć, żeby było to dla niego tak całkowicie obojętne zwłaszcza, że budziło swoiste uczucie Deja Vu. Czy nie znaleźli się już kiedyś w podobnej sytuacji?

- Ty pokraczny, zdemoralizowany, beznadziejny, pozbawiony wartości wyższych...
- Aaa...- Damon pomachał jej przed twarzą palcem wskazującym- zważaj na słowa- powiedział ostrzegawczo i przyłożył ów palec do jej rozchylonych warg, delikatnie pieszcząc ich powierzchnię i wywołując dreszcz podniecenia, przepływający podskórnym prądem wzdłuż jej kręgosłupa- rozmawiasz z szefem- dodał ciszej i instynktownie zbliżył się do niej jeszcze bardziej. Wpatrywali się w siebie jak zaczarowani, hipnotycznie. Coś ich do siebie ciągnęło, jakiś magnez, instynkt, wywołujący podniecenie i niemal bezwarunkowe reakcje. I wtedy, gdy ich usta niemal się stykały zdarzyło się coś, czego Damon w ogóle się nie spodziewał : Elena wbiła swoje drobne, śnieżnobiałe zęby w w jego palec, który wciąż tkwił na jej wargach. Salvatore syknął i warknął wściekle a Elena odsunęła się ze zwycięskim uśmiechem, zakładając ręce na biodra. Jej oczy błyszczały złośliwym rozbawieniem i Damon miał ochotę zetrzeć jej ten zarozumiały uśmieszek z twarzy. Czyżby naprawdę mieli ze sobą więcej wspólnego, niż którekolwiek z nich chciało przyznać?

-  Sądzisz, że będę jak jedna z tych twoich seks zabawek?- spytała z kpiną, wydymając usta- najpierw musiałbyś przedstawić mi swoją kartę zdrowia...
 W oczach Damona pojawiły się niebezpieczne błyski a na jego ustach ponownie zagościł cwany uśmieszek.
- Wątpisz, że byłbym w stanei to zrobić?- spytał tonem niskim i zmysłowym jakim mężczyzna zwykle zwraca się do kochanki i Elenę przeszedł niekontrolowany dreszcz, przez co na chwilę straciła rezon. Co prawda trwało to jedynie ułamek sekundy, jednak Salvatore'owi nie umknął grymas, który pojawił się na jej pięknej twarzy, a który wywołał jego zawadiacki uśmiech. Mężczyzna podszedł do niej na odległość pocałunku i chwycił ją za łokieć, przyciągając do siebie jeszcze bliżej. Czuł ciepło jej ciała, widział jej pełne, rozchylone usta i tylko siłą woli powstrzymywał się przed zrobieniem tego, o czym myślał obsesyjnie od chwili, gdy wkroczyła do jego gabinetu.
- Co wtedy zrobisz Eleno?- wyszeptał, wprost do jej ucha, co spowodowało jej kolejny dreszcz. Elena chardo spojrzała mu prosto w te seksownie zmrużone oczy i uśmiechnęła się słodko.
- Poinformuję twoją narzeczoną o twoim seksoholizmie- odparła- o tym, że jesteś nieuleczalnym uwodzicielem i o tym, że próbowałeś mnie wykorzystać. Tego chcesz?
Przez twarz Damona przebiegł wściekły grymas, który sprawił Elenie niemal chorą satysfakcję. Sama nie była pewna, co tym wszystkim myśleć. Damon wzmocnił ucisk na jej ręce, który stał się niemal bolesny, jednak ta nie zamierzała dac tego po sobie poznać. Wciąż wpatrywała się w niego bez cienia obawy i czekała na jego kolejne słowa.
- Ostrzegam cię...
- Och błagam- Elena wybuchnęła zimnym śmiechem- nie mów do mnie w ten sposób, bo nic nie możesz mi zrobić. Swoją pracę wykonuję prawidłowo, więc nie masz pretekstu, żeby mnie zwolnić a nawet jeśli... Wiesz, że nie możesz, prawda?
- Ach, no tak- syknął, uśmiechając się okrutnie- jesteś Mikealson kiedy ci pasuje? Mogłęm się tego spodziewać. Tak chcesz się bawić?- w jego oczach pojawiły się groźne iskierki, które tym razem sprawiły, że dziewczyna głośno przełknęła ślinę a jej serce przyspieszyło biegu.
Damon, nie zwalniając uścisku na jej przedramieniu pociągnął ją w stronę drzwi.
- Damon... Puszczaj! Co ty wyprawiasz?!- wrzeszczała, szarpiąc się i miotając, jednak to nic nie dało poza piekącym bólem w całej ręce. Wiedziała, że zapewne słychać ją w całej firmie, ale w tej chwili miała to gdzieś.
- Jeśli zaraz  mnie nie puścisz to przysięgam, że wszystko opowiem...
- Tak się zamierzasz bawić?- Damon zatrzymał się gwałtownie powodując tym samym, że Elena wpadła na niego, ale on nawet nie zwrócił uwagi na jej wykrzywioną wściekłością twarz- smiało, powiedz o wszystkim Evelyn a wtedy ja zdradzę twój mały, brudny sekrecik- wysyczał wprost w jej usta. Dziewczyna zamarła osłupiała, ale próbowała zachować zimną krew.
- Co z tego?- spytała, siląc się na spokój, jednak tym razem Damon nie dał się tak łatwo zwieść. Na jego twarzy zagościł zawadiacki uśmiech.
-Czy nie pragnęłaś zaistnieć na własnych zasadach?- szepnął, wprost do jej ucha- czy to nie dlatego ukryłaś swoje pokrewieństwo z Mikealsonami? Co o tobie pomyślą inni pracownicy, gdy okaże się, że zdobyłaś tę posadę dzięki braciom i wpływowej siostrze?
- Przecież to nieprawda- oburzyła się Elena, blednąc gwałtownie.
- To twoje słowo przeciw mojemu- Damon wzruszył ramionami lekceważąco i nie czekając na jej reakcję poprowadził ją do wyjścia, odparowadzany zaskoczonymi spojrzeniami współpracowników,  po czym bezceremonialnie wpakował ją do samochodu. Elena już nei protestowała, wyglądała raczej na zrezygnowaną.
- Dokąd jedziemy?- spytała, gdy odpalił silnik- przecież trwają jeszcze godziny pracy.
- Już mówiłem- odparł a ten jego łobuzerski uśmiech i fakt, że obserwował ją w bocznym lusterku niezmiernie ją irytowały- chciałaś się bawić? Więc zabawimy się według moich zasad gry.

środa, 22 października 2014

Informacja

Wiem, że już dawno nie było rozdziału, ale do głowy przyszedł mi kolejny wariacki pomysł i jak to ja, natychmiast musiałam go zrealizować xD Obiecuję w miarę możliwości nadrabiać zaległości, a tymczasem....

Zapraszam  na mojego nowego bloga wszystkich fanów serialu "Gossip Gril", paringu Blair i Chuck'a lub po prostu miłośników gorących, wybuchowych romansów, intryg i skandali. Już niedługo ( a być może nawet dzisiaj) pojawi się tam rozdział 1. Gorąco zachęcam do odwiedzania i komentowania :***

środa, 8 października 2014

Rozdział 9. Chmura Gradowa.

Rozdział wymuszony, niedopracowany i skrócony maksymalnie( o ostatniej scenie nawet nie wspomnę). Wiedziałam co chciałam napisac a i tak zmieniłam to w trakcie chyba ze trzysta razy.... Szkoda gadać ;( 
Pozdrawiam wszystkich czytelników, gorąco zachęcam do komentowania  i wytykania mi błędów (a z pewnością jest ich sporo):**** EDIT: Z dedykacją dla Weroniki. Mam nadzieję, że zdążyłam z rozdziałem zanim spełniłaś groźbę xD P.S Wiem, że są literówki inne tego typu błędy, ale już nie mam dzisiaj siły tego poprawiać ;))







Nie ma to jak chwila rozrywki po uporczywym, wykańczającym tygodniu- pomyślał Damon, z satysfakcją przysłuchując się jękom Camille. Wiedział, że za chwilę osiągnie szczyt rozkoszy, do tego też dążyły jego zabiegi. Uwielbiał to uczucie, gdy był panem sytuacji, uwielbiał, gdy kobiety błagały go, by przestał i jednocześnie nie przestawał. Nie było tajemnicą, że Damon Salvatore to nie tylko seksowny i nieziemsko przystojny facet o niebanalnej osobowości- miał również pewne "łóżkowe" talenty, które nie były bez znaczenia w jego kontaktach z przedstawicielkami płci pięknej.
Camille krzyknęła donośnie, gdy dopadły ją gwałtowne skurcze w jej jaskini rozpusty. Nim z niej wyszedł pocałowała go namiętnie i lubieżnie oblizała usta.
- Było bajecznie jak zwykle- powiedziała blondynka, ubierając bieliznę i uśmiechnęła się do niego uwodzicielsko- tylko nie rozumiem, dlaczego się tak spieszyłeś.
- Bo ja, w przeciwieństwie do ciebie, dziś jeszcze pracuję- mruknął z irytacją. Powtarzał jej to od kilku godzin, ale do niej nie docierało, że nie może sobie tego odpuścić ze względu na zbliżający się wielkimi krokami pokaz i związane z tym problemy, którym musiał sprostać.- to, że skończyliście kolekcję nie oznacza, że wszystko inne poszło tak gładko. Jest masę spraw, które wcześniej trzeba pozałatwiać jak należy.
 Camille wysoko uniosła brwi.
-Nie możesz poprosić tej swojej przesłodzonej sekretareczki, żeby cię wyręczyła? Przecież od tego ją masz- prychnęła, kręcąc głową z pobłażaniem. Nie widziała w tym żadnego problemu, w końcu Salvatore mógł sobie pozwolić na to, by bezkarnie wysługiwać się ludźmi a już szczególnie swoimi pracownikami.
- Nie mogę!- warknął, jednym ruchem zarzucając na siebie parę ciemnych, szytych na miarę spodni dresowych i sportową koszulkę, która tylko podkreślała idealne mięśnie jego ramion, brzucha i klatki piersiowej. Prawda była taka, że próbował namówić Elenę do zarwania kolejnej nocy i spędzenia w pracy również weekendu, ale ta zaprotestowała gwałtownie a najgorsze było to, że nie mógł mieć do niej o to pretensji. Jej umowa jasno wskazywała warunki pracy- Elena jest dyspozycyjna w tygodniu, ale sobota i niedziela są dla niej święte tym bardziej, że w ciągu ostatnich dwóch tygodni zacharowywała się jak dziki osioł, dbając także a może nawet przede wszystkim o jego interesy. Nie mógł mieć do niej żalu o to, że chciała odpocząć i nie wzięła nadgodzin, w końcu zasługiwała na odrobinę czasu tylko dla siebie.
- I to do pracy idziesz  o siódmej rano ubrany jak na siłownię?- spytała Camille z powątpiewaniem, wyrywając go z chwilowego zamyślenia. Mężczyzna spojrzał na nią z figlarnym uśmiechem.
- Nie, idę biegać. Tobie też by się trochę ruchu przydało- mruknął i zaśmiał się cicho, uchylając się przed pędzącym w jego stronę butem na dziesięciocentymetrowym obcasie.
- Pozdrów Evelyn ode mnie- zawołała za nim z kpiącym uśmiechem a ten tylko zmrużył oczy z rozbawieniem i zniknął za drzwiami.

****

Biegł właśnie swoją ulubioną trasą, jedną z nieuczęszczanych ścieżek Central Parku, gdy zauważył przemykającą między drzewami znajomą sylwetkę. Przeyspieszył, by się z nią zrównać i jednocześnie upewnić się, czy to na pewno ona, ale ta nawet go nie zauważyła, skupiona na kolejnych pokonywanych kilometrach i muzyce, płynącej z małych słuchaweczek i dzięki temu  przez jakiś czas mógł się jej bez konsekwencji przyglądać.
Ubrana była w czarny, sportowy staniczek idealnie podkreślający jej pełne piersi i nagi co prawda, płaski brzuszek, oraz ścisle przylegające niczym druga skóra kremowe leginsy i adidasy, specjalnie przeznaczone do biegania na długie dystanse. Jej ciemne włosy, spięte w wysoki kucyk podrygiwały przy każdym kroku a klatka piersiowa unosiła się miarowo. Była naprawdę maksymalnie skupiona i to jej skupienie właśnie tak go zaintrygowało. Tak samo wyglądała, gdy pracowała, przygryzając dolną wargę i marszcząc delikatnie kształtne brwi, jakby to, co robiła naprawdę ją interesowało i sprawiało przyjemność. Ona właściwie bez przerwy wyglądała jakby wysiłek dawał jej radość i satysfakcję i to właśnie różniło ją od większości dziewczyn, które znał. Ciekawiła go i stanowiła zagadkę a to był kolejny powód, dla którego zgodził się na ten zakład z Enzo.
- Hej- szturchnął brunetkę delikatnie łokciem a ta podskoczyła gwałtownie i zatrzymała się, zginając się wpół i przytrzymując się drzewa, żeby nie upaść.
- Co do...- zaczęła, ciężko oddychając i położyła dłoń na sercu jakby w ten sposób mogła kontrolować częstotliwość, z jaką pompowało krew- co ty tu...
- Chyba właśnie połączyło nas wspólne hobby- zażrtował miękko z diabelskimi iskierkami w oczach i przystanął koło niej- wybacz, nie chciałem cię przestraszyć- dodał z przepraszającym uśmiechem, ale rozbawienie w jego oczach sprawiało, że jakoś ciężko było jej w to uwierzyć. Prychneła tylko cicho, kręcąc głową z udawanym oburzeniem i głośno przełykając ślinę osunęła się plecami po drzewie, siadając na zimnej i wilgotnej ziemi.
- Co ty robisz? Jeszcze się przeziębisz- warknął i jedny ruchem bezceremonialnie ją podniósł, ignorując jej głośne protesty- nie zapominaj, że właśnie zaczęła się jesień, najlepszy czas na rozwój wszelkich chorób. A ja potrzebuję cię w pracy pełnej sił, a nie całej zasmarkanej i kichającej.
Nie zwracając uwagi na jej krzyki, wierzganie nogami i pięści, okładające jego tors, dzielnie kroczył przed siebie, z każdym krokiem uśmiechając się szerzej.
Jej ciało było naprawdę idealne, teraz mógł to wyraźnie wyczuć. Świetnie dopasowywało się do kształtu jego dloni sprawiając, że trzymanie jej w ramionach stawało się czymś całkowicie naturalnym. Był facetem z krwi i kości, więc bymanjmniej nie zdziwiła go reakcja jego własnego ciała na jej drobne ciało pozbawione skaz i zmysłowy zapach, który wokół siebie roztaczała. To był coś kwiatowego, ale bardzo subtelnego, z nutką nęcącej zmysły słodyczy i zabarwione czymś świeżym niczym delikatny zefirek, niosący za sobą oddech lasu.
Potrząsnął głową z roztargnieniem, gdy zaczął to w myślach analizować i wypuścił Elenę z objęć, sadzając ją na ławce. Gdy tylko uwolniła się z jego żelaznego uścisku założyła ręce na piersi i podciągneła kolana pod brodę, wydymając wargi niczym obrażona pięciolatka. Zaśmiał się cicho, siadając obok niej.
- To było bardzo niestosowne i nieprofesjonalne- stwierdziła z poważną miną, choć w jej głosie dosłyszał nutkę rozbawienia- proszę się nad tym zastanowić panie prezesie.
- Jakieś sugestie?- Damon uniósł brwi i komicznie przekrzywił głowę, zbliżając  się do niej na tyle blisko, że do jej nozdrzy dotarł jego kuszący, zmysłowy zapach.
- Owszem- odparła, terz już jawnie rozbawiona, podejmując jego grę. Nachyliła się nad nim, zmniejszając dzielący ich dystans niemal do zera i zachichotała cicho- na przykład pracę, przecież jest tyle do zrobienia...
- A no właśnie...- westchnął teatralnie, zerkając na nią kątem oka, ale ta stanowczo pokręciła głową.
- Podam cię do sądu, jeśli okaże się, że nasze spotkanie nie było przypadkowe; że mnie śledziłeś, żeby namówić do weekendowych nadgodzin- powiedziała twardo, ale z lekkim usmiechem- potrzebuję czasu dla siebie i mam kilka ważnych spraw do załatwienia. Pomijając już to, że zwyczajnie musze odpocząć.
- I tak wygląda twój odpoczynek po całym tygodniu charówki?- Damon z powątpiewaniem uniósł brew- kolejny wysiłek i to o siódmej trzydzieści w sobotę?
- I tak wygląda twoja praca?- spytała Elena, naśladując ton jego głosu sprzed sekundy- wysiłek fizyczny zamiast sterty papierów?
Damon zmrużył oczy i zlustrowal ją wzrokiem z góry na dół, uśmiechając się z uznaniem.
- Masz rację- przyznał a ona spojrzała na niego ze zdziwieniem. Przez te dwa tygodnie, które spędziła w jego towarzystwie zdążyła dostrzec, że usłyszenie od niego podobnych słów graniczyło z cudem- nie powinienem naciskać zwłaszcza, że to byłaby bardziej działalność charytatywna, ale po prostu nie jestem pewien, czy dwa dni starczą, aby to wszystko ogarnąć. Nie przeczę, że przydałby mi się ktoś szybki i kompetentny do pomocy.
Elena na moment zaniemówiła, wpatrując się w niego szeroko otwartymi oczyma. Dopiero po sekundzie, gdy w jego spojrzeniu dostrzegła jakiś niebezpieczny błysk a jego usta rozciągnęły się w szelmowskim uśmiechu odwróciła wzrok, oblewając się uroczym rumieńcem.
- Wybacz, ale dziś będziesz musiał poradzić sobie sam- oświadczyła stanowczo, ale w jej głosie wyłapał coś na kształt żalu, jakby naprawdę czuła się winna, musząc odmówić pomocy, gdy on rzeczywiście jej potrzebował- mam nadzieję, że wytrzymasz do poniedziałku- dodała, uśmiechając się przekornie, niczym mały, niesforny, złośliwy chochlik. Damon zmrużył oczy i przysunął się do niej na odległość pocałunku. Elena wstrzymała oddech a cała krew odpłynęła z jej twarzy. Był za blisko, hipnotyzował ją siłą swojego spojrzenia, zmysłowym zapachem i układem warg, wygiętych w kpiącym uśmiechu. Jego lazurowe tęczówki przez chwilę intensywnie się w nią wpatrywały, jakby analizowały każdy jej ruch i najsubtelniejszą reakcję na jego bliskość a to sprawiło, że jej policzki natychmiast oblały się purpurą. Jego usmiech, tak bardzo pewny siebie i kpiący zdradzał, jak wielką satysfakcję mu to sprawiło.
- Spróbuję- szepnął, a jego słodki oddech owiał jej twarz. Elena głośno przełknęła ślinę, siłą woli zmuszając się, żeby nie odwrócić wzroku albo co gorsza nie spojrzeć na jego pełne, zapraszające go pocałunków usta. To byłoby naprawdę żałosne.
- No dobrze- westchnęła  w końcu, wstając z ławki i uśmiechnęła się nieśmiało- jeśli ty nie masz  nic innego do roboty oczywiście możesz spędzić resztę poranka na tej ławce, ale ja już muszę iść. Do zobaczenia w poniedziałek- dodała i pobiegła w przeciwną stronę.
Patrzył za nią, z lubością obserwując jej szybko poruszające się smukłe nogi, krągłe, jędrne pośladki i długie lśniące włosy, powiewające za nią niczym grzywa konia w pełnym galopie.
Nie ruszył za nią. Nie musiał. Dowiedział się już wszystkiego, co musiał wiedzieć by wreszcie wcielić w życie swój plan. Co jak co, ale z darmowej butelki burbona nie zamierzał rezygnować.

****


Elena długo nie mogła wyjść z szoku gdy dowiedziała się, że Caroline postanowiła zadecydować za nią i Matta i umówić ich na "przyjacielskie" spotkanie z Lexi i Tylerem. Pokłóciły się o to i skończyło się na kilku rozbitych talerzach i ostentacyjnym milczeniu podczas śniadania, co Matt skwitował jedynie ciężkimi westchnieniami i stwierdzeniem, że obie zachowują się jak dzieci. 
Problem polegał na tym, że Elena naprawdę nie miała nic do powiedzenia dawnym przyjaciołom a wiedziała, że Lexi  tęskni za czasami, gdy między nimi wszystko było inaczej choć powinna rozumieć, że w takiej sytuacji, gdy Elenie przyszło wybierać między nią a Caro nie mogła postąpić inaczej, niż ją zwyczajnie odtrącić. Nie chciała się otaczać zdrajcami i kłamcami i żadne usprawiedliwienia w tym wypadku do niej nie docierały. Była nieubłagana, zupełnie inaczej, niż jej przyjaciółka, stąd to przeświadczenie, że powinna ją chronić. 
Caroline od razu poinformowała przyjaciół, że Lexi i Tyler już nie są parą i to sprawiło, że w głowie Eleny zapaliła się ostrzegawcza lampka. Wiedziała, jaka panna Forbes potrafi być naiwna i choć sama łatwo wybaczała nie mogła pozwolić, żeby Caroline znów dała się wciągnąć w grę Lockwooda. Wciąż miała w pamięci jej stan, gdy dowiedziała się o zdradzie ukochanego i wiedziała, że gdyby nie ona i Matt to mogłoby się tragicznie zakończyć. 
Musiała to przyznać przed samą sobą- choć było to cholernie bolesne, dla niej Tyler Lockwood już od dawna nie istniał. Nienawidziła go i miała nadzieję już więcej nie spotkać.
Matt ścisnął jej dłoń uspokajająco, gdy odskoczyła od Tylera, który próbował uścisnąć ją na powitanie jak za dawnych czasów i zasiadła do stolika, obrzucając Lexi niechętnym spojrzeniem. Spotkali się w kawiarni niedaleko siedziby S&T, która stała się niepisanym miejscem przebiegu większości niezręcznych sytuacji. Caroline pomyślała o Klausie, ale zaraz odrzuciła od siebie jego obraz, skupiając wzrok na dwójce, siedzącej naprzeciw niej. Obserwowała każdy ioch najmniejszy gest, bo choć nie powinno ją to w ogóle interesować podświadomie dopatrywała się czegoś, co zdemaskuje ich kłamstwo odnośnie zerwania. Mimo, że za żadne skarby świata nie wróciłaby do Lockwooda wciąż była wobec niego i Lexi nieufna. Jednak to prawda, że raz zachwiane zaufanie nie tak łatwo odbudować. 
Lexi tymczasem skupiła wzrok na Elenie. To na jej uwadze zależało jej najbardziej, to za nią naprawdę tęskniła i to z nią chciała choć spróbować się porozumieć, jednak beznamiętne spojrzenie brunetki wcale nie ułatwiało jej zadania. Dziewczyna uśmiechnęła się blado i nerwowo przełknęła ślinę, wbijając wzrok w zaciśnięte na brzegu stołu dłonie. 
- Myślę, ze wszystkim wam należą się przeprosiny- powiedziała w końcu, drżącym głosem- to ja namieszałam, to ja ponoszę za to odpowiedzialność...
- Aleksandro- przerwała jej Elena, odzywając się chyba po raz pierwszy od samego początku tego spotkania a Lexi aż skurczyła się w sobie. Odkąd pamiętała przyjaciółka zwracała się do niej pełnym imieniem tylko w dwóch przypadkach- gdy miała jej do zakomunikowania coś nieprzyjemnego, lub gdy była na nią naprawdę zła- dla mnie to już nie ma znaczenia. Jedyną osobą, która powinna nas przepraszać jest Tyler, od ciebie ani ja ani Matt niczego nie oczekujemy... Zachowałaś się jak ostatnia dziwka i sama musisz z tym teraz żyć. Nie ma sensu się nad tym rozstrząsać. wydawało mi się, że chciałaś się spotkać w trochę innym celu, niż wspominanie starych, dobrych czasów- dodała ze złośliwym błyskiem w oku i ostrzegawczą nutą w głosie. 
Po tych słowach napięcie zgęstniało jeszcze o ile w ogóle było to możliwe. Cisza przedłużała się w nieskończoność, nikt nie wiedział jak zareagować na prawdę, wypowiedzianą z prostotą i stoickim spokojem, co paradoksalnie raniło jeszcze bardziej.
- Chciałam się po prostu pożegnać- powiedziała w końcu Lexi, ocierając łzy, które niespodziewanie zgromadziły się w kącikach jej oczu- myślałam, że zanim wyjadę pozałatwiam wszystkie dręczące mnie sprawy tak, by nie zostawiać za sobą żadnych niedmówień, ale widzę, że się przeliczyłam. 
- Chodzi o to, że ta sprawa jest chyba już odrobinkę przedawniona- powiedział Matt, intensywnie wpatrując się w dawnego przyjaciela. Ten siedział ze spuszczoną głową, nonszalancko rozpostarty na krześle i tylko mięśnie szczęki, zaciśnięte z siłą imadła świadczyły o tym, że jednak słuchał rozmowy, toczonej obok niego. 
- Bo jest- potwierdziła Caroline, zdobywając się na rezolutny ton głosu- nie ma sensu się o to szarpać. To już przeszłość a czasu się nie cofnie. 
- No właśnie- podchwyciła Elena i zmusiła się do szerokkiego uśmiechu- dobrze, powiedzmy, że u mnie masz czyste konto. 
- Elena...
- Nie, naprawdę. Już prawie zapomniałam jak bardzo zraniliście moją przyjaciółkę. Zapomniałam o czterech miesiącach milczenia, o każdej wylanej przez nią łzie, którą musiałam ocierać. Skoro ona zapomniała, to dlaczego ja miałabym trzymać urazę? 
Matt ponownie ścisnął jej dłoń, chcąc jej dać znak, żeby trochę odpuściła. Elena głośno wypuściła powietrze z płuc i z niemal przyjacielskim uśmiechem spytała:
- A więc dokąd wyjeżdżasz? Co planujesz?
- Do Mediolanu- odparła Lexi ostrożnie- będę fotografować pokazy mody- dodała prawie szeptem.
- To szkoda- Elena wydęła wargi, udając żal- będzie nam tu ciebie brakować. 
- Elena, proszę cię- tym razem do rozmowy włączył się Tyler- przestań kpić i bądź przez chwilę poważna...
- I kto to mówi?- fuknęła dziewczyna, ale po chwili odetchneła głośno przymykając oczy- masz rację. Przepraszam- dodała już spokojnie i wbiła uważne spojrzenie w dawną przyjaciółkę- życzę ci wszystkiego dobrego na nowej drodze życia- powiedziała po czym chwyciła za torebkę i energicznym krokiem opuściła kawiarnię, odprowadzana smutnymi spojrzeniami przyjaciół. 

****

O tej porze w sobotę firma była pusta, nie licząc ochroniarza, dyżurującego na parterze przy głównej recepcji. Większość korporacji nie pracowało w weekendy i nawet szwalnie przerywały szycie na ten czas. Jedyne, co mógł zrobić to zająć się papierkową robotą lub zorganizować modelki, bo choć pokaz zbliżał się wielkimi krokami wciąż nie mieli przysłowiowego wieszaka, na którym mogliby zaprezentować swoje kreacje. Dlaczego więc nie skorzystać z takiej sposobności i na własnej skórze nie przekonać się o atutach kolejnych dam, pragnących pracować dla niego na czas pokazu? 
Westchnął, gdy długonoga blondynka przejęchała dłonią wzdłuż jego rozporka i klatki piersiowej, rozpinając po drodze guziki jego spodni i kremowej koszuli. Marynarka i krawat oraz jej bolerko, pończochy i krwistoczerowna sukienka już leżały na podłodze. 
Nawet nie znał jej imienia. Jedyne, co był w stanie zarejestrować to jej gibkie ciało, które wyczuwał pod palcami i sprawny język, doprowadzający go na skraj szaleństwa. Po chwili gdzieś na dnie jego świadomości doszedł go tętent czyiś energicznych kroków i skrzypienie otwieranych drzwi. 
Jego towarzyszka szybciej niż on zorientowała się co się dzieje. Oderwała się od jego ust i ześlizgnęła z jego kolan, czym prędzej sięgając po sukienkę. Nie założyła jej jednak a jedynie przycisnęła do piersi, jakby to mogło ukryć jej nagość i ze zdziwieniem wpatrywała się w szeroko otwarte drzwi z miną, jakby miała ochotę zapaść się pod ziemię. Damon podąrzył za jej spojrzeniem i zamarł.
W progu stała rozwścieczona Elena. Jej oczy płonęły nienaturalnym blaskiem i ciskały błyskawice, usta wykrzywiły się w parodii uśmiechu, wyrażającego żądzę mordu. Po raz kolejny dostrzegł podobieństwo dziewczyny do Mikealsonów.
Elena była w szoku. Po spotkaniu z przyjaciółmi cała aż trzęsła się z nerwów i musiała odreagować. Wybrała się na długi spacer, ale to nie pomogłojej poukładać myśli, które wciąż zaprzątały jej głowę. I wtedy przypomniała sobie o propozycji prezesa, by spędzić najbliższe dwa dni w biurze, zawalona papierami. Potrzebowała zająć czymś głowę, przestać myśleć i skupić się na czyms innym. Była w pobliżu firmy, co ostatecznie przeważyło i w końcu postanowiła mu pomóc. Podobno miał tyle pracy, był wręcz zawalony robotą a tu okazuje się, że znów zabawia się z kolejną chętną panienką?!!! To przeważyło czarę goryczy; zawładnęła nią dzika furia.
Damon odchrząknął nerwowo. 
- Eleno, poznaj proszę naszą nową modelkę... 
- Modelkę czy prywatną dziwkę?- spytała ostro, taksując go spojrzeniem, wyrażajacym jedynie niepochamowane obrzydzenie- tak miała wyglądać nasza wspólna praca? A może zamierzałeś zaproponować nam trójkącik, co? 
- Hej, nie zapędzaj się tak...
- Nie wiesz jeszcze jak daleko potrafię się zapędzić- Elena dźgnęła go w pierś paznokciem nie dbając już o to, że rozmawia ze swoim bądź co bądź szefem- a ty mała lafiryndo chciałaś dostać posadę przez łóżko prezesa? W takim razie ostaro się przeliczyłaś, bo on ma już narzeczoną. 
- Ciebie?- dzewczyna kpiąco uniosła brwi a Elena wybuchnęła śmiechem, pozbawionym wesołości. 
- Ja jeste tylko jego asystentką i uwierz,  w życiu bym się tak nie upokorzyła, żeby z nim być- oświadczyła dziewczyna z dumą- a teraz wynoś się zanim cię stąd wyrzucę.
- Co...
Ale Elena już jej nie słuchała- chwycił jej bolerko po pończochy, leżące na ziemii i jednym ruchem wyrzuciła jej przez okno. 
- Ty wariatko- wrzasnęła modelka, ale Elena tylko założyła ręce na piersi, uśmiechając się kpiąco. 
- No leć po to- zakomenderowała głosem, jakim większość właścicieli zwraca się do swoich psów- teraz. 
W oczach dziewczyny stanęły łzy, gdy ściskając w pół sukienkę wybiegła z gabinetu. 
Dopiero teraz Elena spojrzała na Damona, który wpatrywał się w nią  oczami błyszczącymi podekscytowaniem i nieskrywanym podziwem. Mężczyzna w kilku susach pokonał dzielącą ich odległość, przyciskając ją do ściany własnym ciałem. Jej wzrok spoczął najpierw na jego niesamowitych oczach, ale zaraz potem na wykrzywionych w zarozumiałym uśmiechu ustach, wprost stworzonych do całowania. Znów ją hipnotyzował i wywoływał dreszcze w całym jej ciele, jednak świadomość, że za pomocą tych samych ust oszukiwał swoją narzeczoną i zdradzał kobietę, którą bądź co bądź powinien kochać była jak kubeł zimnej wody i trzymała jej instynkty na wodzy. 
- Odsuń się- zarządała stanowczo- zanim zawołam ochronę i oskarżę cię o napastowanie. 
- Byłaś wspaniała- szepnął ignorując kompletnie jej wypowiedź i musnął wargami płatek jej ucha, co wywołało dreszcz, przebiegający wzdłuż jej kręgosłupa- tak pełna pasji... Nawet nie wyobrażasz sobie, jaka jesteś seksowna i słodka, gdy się złościsz. To wyglądało, jak scena zazdrości...
- No widzisz? A było jedynie przejawem dobrego wychowania i zasad moralnych, których ty niestety już nie posiadasz- odparła Elena z mocą i odepchnęła go od siebie tak, że wylądował na środku gabinetu. Nie było to trudne, wcale się nie bronił a wręcz sprawiał wrażenie, jakby taka sytuacja jak najbardziej była mu na rękę. 
- Coraz częściej zastanawiam się, czy nie powiedzieć o wszystkim twojej narzeczonej- stwierdziła brunetka, obrzucając go niechętnym spojrzeniem- mojąc w domu męską dziwkę powinna regularnie badać się na obecność chorób wenerycznych- to mówiąc, kusząco kręcąc biodrami opuściła jego gabinet, mocno zatrzaskując za sobą drzwi. 


****

Sukienkę ubrała w windzie, niemal wybiegła z siedziby S&T, zbierając po drodze resztę swojej garderoby. Dokładnie w tym momencie jej telefon rozdzownił się. Dziewczyna spojrzała na wyświetlacz, westchnęła ciężko i nacisknęła zieloną słuchawkę. 
- Halo?.... Nie, nie dostałam tej roboty.... W ostatniej chwili weszła jakaś dziewczyna i wyrzuciła mnie za drzwi... Nie, nie narzeczona.... W sumie sama nie wiem.... Jego asystentka..... A skąd ja mam to wiedzieć? Możliwe, że z nią sypia, to wyjaśniałoby jej złość.... Skoro tak ci zależy to wyślij tu inną dziewczynę, bo ja z tą wariatką nie chcę mieć nic wspólnego... To twoja zemsta a nie moja.... W takim razie musisz się streszczać, pokaz już za dwa tygodnie.... Do zobaczenia....


niedziela, 28 września 2014

Rozdział 8: Domknięte Rozdziały.

Rozdział bardzo sentymentalny, mało akcji, dużo skrajnych uczuć. Niestety, musiałam tu taki jeden wstawić, mam nadzieję, że to was nie zniechęci do dalszego czytania (i mam nadzieję, że również  do komentowania), bo kolejny będzie już lepszy. Niemniej jednak jestem z niego wyjątkowo zadowolona, choć w sumie nic nowego nie wnosi. Tak czy siak zapraszam do czytania i KOMENTOWANIA!!!




To był najdłuższy, najintensywniejszy tydzień w życiu Eleny. Nie zdołała się jescze we wszystko wdrożyć i oswoić z firmą a już pracowała na pełnych obrotach, z utęksnieniem wyczekując weekendu. Palce bolały ją od wystukiwania na klawiaturze służbowego komputera skomplikowanych kombinacji liczb i komend, nabawiła się chrypki przez wielogodzinne negocjacje przez telefon, na stopach pojawiły się odciski od biegania w szpilkach w tę i z powrotem przez całe dnie... Jednym słowem nie mogłą się już doczekać premiery kolekcji.
A wszystko przez te wciąż piętrzące się problemy. Na początku dotyczyły jedynie importu materiałów na czas, ale potem wyszła kwestia pomyłki przy kopiowaniu pierwowzorów kreacji, powstałych w pracowni Klausa. I tak mieli kolejne dwa tygodnie w plecy i tylko siedem dni, aby wszystko naprawić. Telefony się urywały, cała firma stała na głowie, pracując od rana do wieczora. Elena już niemal zapomniała, jak wyglądają jej przyjaciele, których widywała teraz zazwyczaj późną nocą lub co dwa, trzy dni. Wyłączyła też telefon, by Jenna, Alarick czy Jeremy z Margarett nie zakłócali jej czasu w dzień. Dopiero po dwudziestej drugiej oddzwaniała, uspokajając nerwy najbliższych.
Były jednak pozytywne strony tej sytuacji. Dużo nauczyła się w tym czasie, robiła to co kochała a każdą załatwioną sprawę traktowała jak osobisty sukces, który napełniał ją dumą i satysfakcją. Od zawsze ruch, działanie i wysiłek nadawały jej życiu sens, były motorem do rozwoju i pracy. To bezczynność ją zabijała a tu czuła się potrzebna i mimo tego zgiełku i bieganiny naprawdę spełniona. W dodatku już oficjalnie mogłą nazwać Pheobe i Bonnie swoimi przyjaciółkami. Codziennie się widywały i od samego początku złapały wspólny język. Mimo, że Bonnie i Pheobe pracowały w tej frimie już od pół roku przed poznaniem Eleny zamieniały ze sobą może ze dwa, trzy zdania. Teraz każdego dnia w porze lunchu zasiadały przy stoliku w bufecie, swobodnie rozmawiając o swoich prywatnych sprawach, problemach, planach, marzeniach.
Pheobe miała dwadzieścia jeden lat i pochodziła z Broklynu. Pracowała, żeby zarobić na wymarzone studia w Bostonie.
Bonnie była  dwudziesto trzy letnią studentką zarządzania. Pracę recepcjonistki załatwił jej ojciec, słynny dziennikarz modowy. Nie było to spełnieniem jej marzeń, jednak pozwoliło się utrzymać i oszczędzić pieniądze na o wiele bardziej szczytny cel. Mulatka miała w sobie pokłady wrażliwości i swoisty instynkt macierzyński, który sprawiał, że od pierwszej chwili stała się nie tylko wierną powierniczką, ale również swego rodzaju patronką, aniołem stróżem Eleny i Pheobe. W przyszłości pragnęła  założyć właśną fundację pomocy potrzebującym- chorym, ubogim, cierpiącym. Czuła, że to jej powołanie, życiowa misja i wierzyła, że kiedyś uda jej się to osiągnąć. Elenę naprawdę zadziwiała jej dojrzałość i stoicki spokój, które dawały jej przynajmniej złudne poczucie bezpieczeństwa.
- Elena, nad czym się tak zastanawiasz?- mulatka pstryknęła jej palcami tuż przed oczami, wybudzając ją z chwilowego transu, w który wpadła.Dziewczyna zamrugała półprzytomnie, roglądając się po powoli pustoszejącym bufecie. Przerwa na lunch dobiegała końca i wszyscy wracali do swoich obowiązków a ona nawet nie tknęła kawy, za którą przecież zapłaciła te cztery dolary. Pheobe i Bonnie nie kryły ciekawości i odrobiny niepokoju. Elena westchnęła.
- Wiecie, ostatnio jestem wykończona, nawet nie mam czasu porządnie się wyspać- powiedziała, uśmiechając się delikatnie- ale to takie przyjemne zmęczenie. To niesamowite patrzeć, jak coś rodzi się na twoich oczach. Niesamowitym jest przyczynić się do tego, rozwiązywać skomplikowane problemy i widzieć realne efekty. Jestem częścią tego wszystkiego, jestem elementem niezbędnym w tej układance. To ekscytujące.
- I o tym tak intensywnie myślałaś, tak?- Pheobe kpiąco uniosła brew. Elena spojrzała na nią pobłażliwie.
- Oczywiście, że nie- odparła z rozbawieniem- myślałam o tym, jak ta kolekcja wpłynie na moją dalszą karierę. I o tym, że za trzy tygodnie zaczynam studia. I o tym, że Caroline zabije mnie, gdy się dowie, że będę studiować zaocznie. I o tym, że tak bardzo bym chciała, żeby wszystko się ułożyło i żeby wszystkie nasze wysiłki się opłaciły.
- Opłacą się, zobaczysz- zapewniła ją Pheobe z uśmiechem- to będzie najlepsza kolekcja w dziejach tej firmy.
- A nawet jeśli nie, to na pewno nie ostatnia- dodała Bonnie- i...
- Tu nie chodzi tylko o tę kolekcje. Tu chodzi o całokształt, o moją...
Urwała gwałtownie, z przerażeniem nabierając powietrza do płuc. Prawie się wygadała, prawie przyznała się do pokrewieństwa z Mikealsonami a przecież dobrze wiedziała, że nikt nie mógł się o tym dowiedzieć. Przyjaciółki zmierzyły ją podejrzliwymi, naglącymi spojrzeniami, ale w tym momencie do bufetu wkroczył Elijah i ich uwaga skupiła się na współwłaścicielu S&T Fashion.
Elijah Mikealson ubrany był jak zwykle w nienaganny szary garnitur. Szedł powoli, bystrym spojrzeniem szarych oczu lustrując twarze współpracowników. Na dłużej zatrzymał się na Elenie, ale na szczęście jego twarz nie zdradzała żadnych emocji, jakby została wykuta z kamienia. Skinął jej oficjalnie głową w geście powitania i podszedł do lady, do której, potykając się, natychmiast podbiegła Pheobe. Cała czerwona na twarzy przepraszała go serdecznie za swoją chwilową nieobecność na stanowisku pracy, ale ten zbył jej tłumaczenia zdecydowanym ruchem dłoni i oficjalnym tonem, jakim zapewne zwracał się do kontrahentów, zamówił filiżankę czarnej kawy bez cukru i rogalik z dżemem. Pheobe natychmiast rzuciła się do ekspresu, nerwowo naciskając odpowiednie przyciski. Po chwili w całym bufecie można było wyczuć charakterystyczny zapach świeżoparzonej kawy.
Potencjalny obserwator mógłby pomyśleć, że panna Tonkin zwyczajnie boi się swojego szefa. Jednak Elena widziała ten błysk w jej oczach, gdy patrzyła na starannie ułożone brązowe włosy Elijah, na jego schludny strój, opinający idealnie zarysowane mięśnie ramion i brzucha, na oczy, przypominające lodowiec górski i zmysłowe, zaciśnięte  wargi, sprawiające wrażenie wykutych w skale. Jej dłonie drżały, gdy podawała mu jego zamówienie a gdy otrzymała zapłatę spuściła głowę rumieniąc się lekko, jakby właśnie usłyszała coś nieprzyzwoitego, co wbrew niej samej bardzo jej się spodobało. Elijah odszedł, jakby zupełnie niczego nie zauważył a Elena wciąż przyglądała się rumianej twarzy Pheobe i tym zamyślonym, rozmarzonym oczom. Tak mogła się zachowywać jedynie zakochana kobieta, a panna Gilbert obiecała sobie solennie, że przy najbliżeszej okazji weźmie ją na spytki i nie odpuści, dopóki przyjaciółka nie przyzna się do wszystkiego.

****


 Po raz kolejny Caroline spacerowała alejkami Central Parku, próbując oczyścić umysł z niepotrzebnych, bolesnych myśli. Minął tydzień odkąd widziała się z Klausem a ona została sama ze swoimi wyrzutami sumienia, które z każdym dniem nasilały się coraz bardziej. Od Eleny wiedziała, jakie mieli w pracy urwanie głowy, ale czy naprawdę w ciągu tych siedmiu dni nie mógł zadzwonić ani razu, albo chociaż napisać esemesa? Czy to było tak wiele? 
Jakiś złośliwy głosik z tyłu jej głowy wciąż powtarzał, że przecież sobie na to zasłużyła. Nie dość, że znali się naprawdę krótko to jeszcze potraktowała go przedmiotowo i okrutnie. Niby czego się spodziewała? 
Ale gdyby chociaż zadzwonił wszystko byłoby inaczej. Wiedziałaby, że ma jakąś szansę, żeby naprawić ich relacje, że może jednak nie obraził się tak do końca. Tymczasem jej telefon milczał a ona nie miała odwagi, żeby wykonać pierwszy krok. Nie rozumiała, czemu aż tak się tym przejmuje. Czy to zwyczajna ludzka przyzwoitość, czy może coś więcej, ale nie chciała się nad tym zastanawiać. Na domiar złego robiła teraz wszystko, aby uniknąć Tylera i jego lubej. Szerokim łukiem omijała miejsca, w których mogłaby ich spotkać: wesołe miasteczko, restauracje, całodobowe kluby, zoo, metro, centra handlowe. To sprawiło, że większość czasu spędzała albo w domu z Mattem, lub tu, na swojej ulubionej ławce w Central Parku zastanawiając się, czy naprawdę jest taką okropną osobą, za którą w tej chwili się uważała.
To wszystko było ponad jej siły. 
- Wiedziałam, że cię tu zastanę- melodyjny kobiecy głos wyrwał ją z zamyślenia. Gwałtownie poderwała głowę i ujrzała uśmiechniętą Lexi, która niepewnie przysiadła na drugim skraju ławki- od rana szczęście mi dziś sprzyja. 
Widok kobiety, z którą zdradził cię twój chłopak to przeżycie niezapomniane, nieważne ile czasu upłynie, zwłaszcza, jeśli tą kobietą jest twoja dawna przyjaciółka. Caroline spuściła głowę, wbijając wzrok w swoje splecione na kolanach dłonie. 
- Mam rozumieć, że mnie szukałaś?- upewniła się, głośno przełykając ślinę. Bóg jeden wie, ile wysiłku wkładała w panowanie nad każdym słowem, gestem, spojrzeniem. Wiedziała jednak, że nadejdzie moment, gdy będą musiały otwarcie i szczerze porozmawiać, domknąć tę sprawę raz na zawsze pozwalając krwawiącym ranom wreszcie się zabliźnić. Dlaczego ten moment nie miałby nadejść w tej chwili? 
- Tak naprawdę to tak i nie- odparła blondynka, a gdy Caroline posłała jej zdezorientowane spojrzenie westchnęła ciężko- chciałam z tobą porozmawiać, ale jednocześnie bardzo się tego bałam. Nie wiedziałam jak zareagujesz- wyjaśniła cicho. 
- A jak twoim zdaniem powinnam zareagować?- spytała Caro z ironią. Lexi jednak nie dała się wyprowadzić z równowagi. Obdarzyła dziewczynę ciepłym uśmiechem. 
- Na pewno gorzej niż teraz- mruknęła i obie zachichotały- Caroline, ja... 
- Nic nie mów, rozumiem- panna Forbes posłała jej jedno, smutne, przeciągłe spojrzenie nim w jej oczach stanęły łzy- nie chcę ani twoich tłumaczeń, ani twoich przeprosin. To już niczego nie zmieni, czasu się nie cofnie, bólu nie zmniejszy a uczuć nie ugasi. Gniew już minął, naprawdę. Nie jestem zła na żadne z was. I przez wzgląd na naszą dawną przjaźń, na Elenę i Matta, na wszystkie te lata, które razem z nimi i Tylerem spędziliśmy życzę wam wszystkiego najlepszego. Chcę, żebyście byli szczęśliwi.
- Brzmi jak pożegnanie- wyszeptała Lexi a po jej policzkach stoczyły się pierwsze łzy- naprawdę nie chciałam, żeby tak wyszło. Nie chciałam wszystkiego zniszczyć. Nie chciałam cię zranić, nie chciałam, żeby Ty tracił najlepszych przyjaciół- jedyną rodzinę, jaka mu na tym świecie pozostała. Nie chciałam tracić zaufania Eleny, która po tym wszystkim zapewne nie chce mnie znać. I wreszczcie zrozumiałam, że to wszystko nie było tego warte.
Caroline zmarszczyła brwi, spoglądając na nią zdziwiona. 
- Co masz na myśli?- spytała. Lexi uśmiechnęła się łagodnie. 
- Zerwałam z Tylerem- wyznała i nie wyglądała przy tym na specjalnie zasmuconą. Caroline gwałtownie nabrała powietrza do płuc, niewiele z tego wszystkiego rozumiejąc. 
- Jak... Kiedy... Dlaczego?- wyksztusiła oszołomiona. Właściwie sama nie wiedziała, co teraz czuje. Satysfakcję? Smutek? Radość? Współczucie? Te emocje kumulowały się w niej, walcząc o dominację, jednak gdzieś na dnie jej serca pojawiło się coś nowego, jakieś bardzo pozytywne uczucie, którego nie była w stanie jeszcze zidentyfikować. 
- W zeszłym tygodniu po naszej feralnej randce- odparła Lexi- jeszcze raz muszę cię za to przeprosić. Nie chciałam, żeby tak to wyszło. Ty zachował się jak egoistyczna, szowinistyczna świnia. Był zazdrosny o ciebie, jakbyś była jego osobistą zabaweczką, którą odkładał na półkę, gdy mu się znudziła a którą nikt inny nie mógł się bawić. Kocham go, ale on jeszcze nie dorósł do tego uczucia. Nie mogę pozwolić, żeby mnie ograniczał. Nie mogę być z kimś, kto się w ten sposób zachowuje, za wiele mnie to kosztuje. 
- I co teraz zamierzasz?- zaciekawiła się Caroline, uśmiechając się szeroko. Nie mogła powstrzymać tego naturalnego odruchu, ale Lexi nie miała jej tego za złe. Sama wyglądała, jakby pozbyła się jakiegoś ogromnego ciężaru z piersi. 
- Może Elena wspominała ci kiedyś, że moją największą pasją jest fotografia? No więc dostałam propozycję pracy w Mediolanie jako stały fotograf jednego z najlepszych domów mody na świecie.- Lexi wyglądała na podekscytowaną i w tej chwili Caroline  naprawdę cieszyła się jej szczęściem. To wtedy zrozumiała, że już jej wybaczyła, że ten rozdział swojego życia miała już całkowicie za sobą. Pod wpływem impulsu przysunęła się do Lexi i uścisnęła jej drżącą z nerwów dłoń.
- To wspaniale- powiedziała szczerze- mam nadzieję, że będziesz tam szczęśliwa. Spełnisz swoje marzenia i spotkasz kogoś, kto będzie cię kochał i wspierał, kogoś, kto na ciebie zasługuje. Jestem tego pewna. 
- Dziękuję- szepnęła wzruszona dziewczyna- a ja mam nadzieję, że dogadasz się z Klausem. To wspaniały facet i wiem, wierzę, że stworzycie szczęśliwy związek.
Caroline zarumieniła się na te słowa i spuściła głowę z zażenowaniem.

"Jak szczerość to szczerość"- pomyślała z rezygnacją.

- No bo tak naprawdę to ja i Klaus... my...
- Nie jesteście parą?- podpowiedziała Lexi a Caro spojrzała na nią z mieszaniną strachu i niedowierzania.- domyśliłam się, gdy uciekł w popłochu po waszym pocałunku.
- Był na mnie zły- westchnęła Caroline, poprawiając opadające na oczy loki- nadal jest- dodała ciszej. Lexi obdarzyła ją pokrzepiającym uśmiechem.
- Przejdzie mu- powiedziała z niezachwianą pewnością- w końcu mu zależy.
Panna Forbes spojrzała na nią z powątpiewaniem.
- Nie byłabym taka pewna. Znamy się zaledwie dwa tygodnie i...
- I jemu się wydaje, że wykorzystałaś go do wywołania zazdrości w Tylerze- dokończyła za nią Lex. Caroline skwapliwie pokiwała głową.
- Udało ci się to- przyznała była dziewczyna Lockwooda ze śmiechem- cały aż się skręcał, widziałam to. A przy okazji zrozumiałaś, że na tym świecie są faceci bardziej warci twojej uwagi niż Ty i że on już w ogóle się nie liczy.
- Sama nie wiem...
- Oczywiście, że wiesz. Pogadasz z nim i wszystko sobie wyjaśnicie. Będzie dobrze.
Caroline uśmiechnęła się do niej i  powoli wstała z ławki z zamiarem powrotu do domu. Jednak słowa Lexi zatrzymały ją w miejscu.
- Wyjeżdżam w niedzielę i chciałabym zostawić po sobie coś dobrego, domknąć wszystkie sprawy. Myślisz, że dałabyś radę spotkać się ze mną w sobotę i przyprowadzić Elenę? Stęskniłam się za nią i wiem, że Tyler też... Tak samo jak za Mattem... Chciałabym, żeby odzyskał to, co przeze mnie stracił. 
Caroline przygryzła dolną wargę, analizując w myślach wszystkie za i przeciw. Bała się tego spotkania, bała się reakcji swojej i Eleny, która zapewne gotowa byłaby rozszarpać Lockwooda za to, co jej zrobił. Matt zresztą pewnie by jej przy tym pomógł, w końcu to oni widzieli, jakie zniszczenia dokonała w niej zdrada Tylera i to oni ją wspierali, pocieszali, pomogli się podnieść po tej sromotnej klęsce. Blondynka powoli spojrzała na rozmówczynię, próbując nie okazywać emocji.
- To chyba nie jest dobry pomysł- oznajmiła w końcu- przykro mi.
- Caroline- Lexi podeszła do niej i ku jej zaskoczeniu delikatnie, jakby niepewnie objęła ją- tylko gdy stawisz czoło problemom możesz się z nimi uporać- szepnęła zagadkowo i wbiła wyczekujące spojrzenie w jej zagubione oczy. Caroline z wahaniem pokiwała głową.

****

- Stary- westchnął Enzo, spoglądając na przyjaciela, który jak gdyby nigdy nic analizował kolejne dokumenty i rozliczenia.- co ty wyprawiasz?
- W tej chwili pracuję- odparł poirytowany już nieco Damon- czyli dokładnie odwrotnie niż ty. Rebekah jest jaka jest, ale w jedynym ma rację: czasem naprawdę zastanawiam się, za co ci płacimy. 
- Auć- Enzo skrzywił się, udając że słowa Salvatore'a sprawiły mu fizyczny ból, ale za chwilę znów uśmiechnął się szeroko- spokojnie, twoja sekretareczka już większość twoich spraw pozałatwiała. Sam słyszałem. 
- Po pierwsze to nie jest moja sekretarka, tylko osobista asystentka- sprostował Damon z ciężkim westchnieniem- a po drugie pracujemy razem, więc podzieliłem nasze obowiązki na pół. To, że ona swoje wykonała nie oznacza, że ja również. 
- Coś ty taki dzisiaj drażliwy?- Marshall zmarszczył brwi, zdziwiony postawą zwykle wyluzowanego i tryskającego humorem kumpla- chciałem cię tylko zapytać jak tam kwestia naszego zakładu, nic więcej. 
- Nie mam na to czasu- prychnął Salvatore- wszystko po kolei się sypie... 
- Przecież udało nam się załatwić te materiały na czas. W szwalni już wznowili produkcję- zauważył Enzo.
- Tak, ale nasz budżet bardzo na tym ucierpiał- odparł Damon- Elijah próbuje rozplanować to tak, żeby pieniędzy nam nie zabrakło, ale to nie takie proste. W dodatku w szwalni popełnili błąd, mamy opóźnienie. Musimy jakoś przetrzymać do rozpoczęcia sprzedaży, potem będzie już z górki.
- Daj spokój, to idealna okazja, żeby poderwać pannę niedostępną- Enzo nie dawał za wygraną- wspólna praca po nocach, spojrzenia, dotyk i wreszcie...
- Przypomnij mi, który z nas dwóch w życiu poderwał więcej kobiet?- Damon przerwał mu ten pasjonujący wywód, komicznie unosząc brwi- komu jeszcze żadna się nie oparła?
- Tobie- odpowiedział Enzo z przebiegłym uśmiechem. Już wiedział, do czego Salvatore dążył. 
- Więc stul pysk i czekaj na efekty. Mam pięć i pół miesiąca, żeby ją posiąść- warknął z miną generała, szykującego się na wojnę. 
- Ja myślę, inaczej wisisz mi butelkę burbonu- Enzo wyszczerzył zęby w złośliwym uśmiechu. 
- Niedoczekanie twoje- prychnął Damon z rozbawieniem, po czym znów westchnął ciężko.
- No wyduś to z siebie- Ezno wywrócił oczami- przecież widzę, że coś cię trapi...
 Istotnie jego myśli zaprzątała kwestia o wiele poważniejsza niż jedna mała kolekcja. Elena, kobieta z tajemnicą, mogącą na zawsze odmienić losy firmy. Ale przecież nie mógł powiedzieć o tym przyjacielowi.
- Chodzi o zarząd- wyznał Salvatore po chwili uporczywej ciszy-mimo mojego decydującego głosu prezesa i tak Mikealsonowie podejmują najważniejsze wspólne decyzje, działając większością głosów, a zwykle są zgodni. Z ich strony jest pięć osób: Andrew, Rebekah, Elijah, Klaus, Kol. Z naszej tylko ja, ojciec, wujek Zack i matka. W dodatku mają asa w rękawie, który całkowicie może nas zdyskredytować.
- Co masz na myśli?- Enzo zmarszczył brwi, nie bardzo rozumiejąc o czym bredzi jego kumpel. Damon tymczasem sprawiał wrażenie, jakby sam nie wierzył w to, co zamierzał powiedzieć. 
- Potrzebujemy kogoś piątego dla równowagi. Kogoś, kto będzie działał dla dobra firmy, kogoś, komu by na tym interesie zależało. 
- To znaczy...
- Zamierzam sprowadzić tu mojego brata.

****
Wciąż martwiła się zbliżającą premierą nowej kolekcji, jakby nie było to przecież chodziło o jej rodzinną firmę, jednak nie  mogła przecież po raz kolejny zostać po godzinach, bo chyba by oszalała.
- Przyszłaś- głos Tylera wyrwał ją z zamyślenia. Elena spojrzała na niego niepewnie. Od tak dawna go nie widziała, że teraz brunet stojący tuż obok wydawał jej się surrealistyczny, jakby utkany z sennych nici. Elena głośno przełknęła ślinę i nie zareagowała w żaden sposób, gdy chłopak, dawniej jej najlepszy przyjaciel, spróbował ją przytulić. Ten westchnął z rezygnacją i usiadł po drugiej stronie dwuosobowego stolika, który zajęła. Wbił w nią wyczekujące spojrzenie a mięśnie szczęki zaciskał nerwowo. Wyraźnie się denerwował. 
- Zadzwoniłam, bo chyba czas najwyższy wyjaśnić sobie pewne sprawy. Nie podoba mi się to, w jaki sposób traktujesz Caroline- brunetka od razu przeszłą do rzeczy, wpatrując się w niego z naganą w czekoladowych oczach- nie uważasz, że dość przez ciebie wycierpiała?
Tyler spuścił wzrok, głośno przełykając ślinę. 
- Posłuchaj, ja...
- Nie, to ty posłuchaj- Elena była stanowcza, nie dała się zwieść jego minie zbitego psa i smutkowi, którego dopatrzyła się w jego ciemnych oczach- ty tylko zrobiłeś swoje- bzyknąłeś moją przyjaciółkę, zaspokoiłeś seksualne potrzeby. Ale to my, ja i Matt, musieliśmy posprzątąć po tobie bałagan, jaki zostawiłeś w sercu  i głowie Caro. To my przez ten cały czas stopniowo pomagaliśmy jej znów stanąć na nogi. Nawet sobie nie wyobrażasz, jak bardzo się przez ciebie zmieniła. Jak bardzo ją zraniłeś, zawiodłeś. A gdy już wszystko wróciło do normy pojawiłeś się i znów zacząłeś ją dręczyć. 
- Elena, ja naprawdę...
- Daj spokój- przerwała mu dziewczyna gwałtownie zrywając się z miejsca- myślisz, że cię nie znam? Zrobiłeś to z premedytacją. A ja naprawdę nie pozwolę, żebyś postępował w ten sposób. Jeśli dowiem się, że poraz kolejny zakpiłeś z jej uczuć znajdę cię chociażby na końcu świata i wykastruję.
- Elena!- Tyler również wstał, ignorując to, że zapewne robili z siebie widowisko- właśnie chciałem was wszystkich przeprosić, ale nie dałaś mi dojść do głosu. Wiem, że źle robiłem i wiem, jaki byłem głupi. Ale jesteśmy przyjaciółmi i kocham was. Dla mnie to jasne, że to się nigdy nie zmieni.Jesteś dla mnie jak siostra, Matt jak brat a Caroline... Nigdy sobie nie wybaczę, że pociąg fizyczny i chwilowy kaprys pomyliłem z miłością i przez to straciłem coś tak cennego... Pamiętasz naszą przysięgę? "Przyjaźń zawsze i na zawsze".
Elena wpatrywała się w jego oczy intesywnie, jakby próbowała się tam dopatrzyć szczerości. W jej własnych zgromadziły się łzy. 
- Zawsze byłeś dla mnie jak brat- powiedziała łąmiącym się głosem- ale nie mogę tak zranić Caroline i nie pozwolę, żebyś ty po raz kolejny ją zranił. Tęsknię za tym Tylerem, który ciągał mnie za włosy i zjadał wszystkie kanapki. Za tym, który zrzucał mnie z kucyka i uczył gry na gitarze. Ale ty się zmieniłeś. I ja, ani Matt nie chcemy mieć z tobą nic wspólnego- po tych słowach odeszła, zostawiła go samego. Dopiero wtedy pozwolił emocjom opaść i w jego oczach błysnęły łzy. Zrozumiał, że w ciągu sekundy stracił wszystko. Nie miał już nikogo na tym świecie, został sam ze swoim pustym życie i okropnym poczuciem osamotnienia. Elena bardzo dobitnie mu uświadomiła, że nie ma co liczyć na jakiekolwiek względy z ich strony i że swoim zachowaniem zranił wszystkich, nie tylko uroczą blondyneczkę, którą przecież wciąż ogromnie kochał. Nie pozostało mu nic innego jak dac im wszystkim święty spokój i usunąć się w cień pozwalając, aby ich rany się zabliźniły.