niedziela, 17 stycznia 2016

Rozdział 15. Rozbieżność

    
       
   Dziś krótko, pewnie będziecie rozczarowani, bo nic konkretnego się nie dzieje. Chciałam inaczej to rozegrać, ale potem zabrakło mi czasu i już nie mogłam dłużej przeciągać publikacji. 
Tytuł rozdziału odnosi się  jak zwykle zresztą do treści i ciekawi mnie czy tym razem odgadniecie dlaczego jest taki a nie inny ^^ Piszcie w komentarzach xd
Co do waszych blogów o obiecuję nadrobić zaległości. Jestem teraz zawalona pracą, nauką i przygotowaniem do egzaminów, ale to nie znaczy, że tam nie zaglądam. Szczególnie  się tu zwracam do Emki, Zosi  i I Love Damon, bo one już dawno nie dostały ode mnie komentarza, na jaki zasługują. Dziewczyny bardzo mi przykro ;( Mam nadzieję jednak, że mi to wybaczycie... 






  Od samego rana biegała po domu jak oparzona, co chwilę zerkając na zegarek. W drodze do łazienki zderzyła się z Caroline a w salonie z Mattem, którzy również nerwowo krzątali się po mieszkaniu, szukając jakichś niezwykle ważnych dokumentów, części garderoby a nawet złośliwie i tajemniczo znikającego tego ranka jedzenia. Czesała włosy, jednocześnie popijając kawę i co kilka minut sprawdzając stan swojego makijażu w lustrze, wiszącym w przedpokoju nad szafką na buty.
       To był wyjątkowy dzień. Dziś oficjalnie mieli zostać studentami i zacząć kolejny, szalony etap w swoim życiu. Z tej okazji Elena ubrała obcisłą sukienkę przed kolana z gorsetem z delikatnej siateczki w kolorze kawy z mlekiem, powoli przechodzącym w białą spódnicę na wysokości talii. Do tego dobrała srebrne szpilki na koturnie i złotą, kopertową torebkę na długim łańcuszku. Włosy zaczesała na lewe ramię, oczy podkreśliła eyelinerem, tworząc efekt kociego oka, a usta musnęła karminową szminką, uwydatniając ich zmysłowy kształt.
        Caroline z kolei zdecydowała się na wersję odrobinę bardziej bogatą w kolory. Błękitna sukienka przed kolano idealnie podkreślała barwę jej oczu, zielone lakierowane szpilki świetnie komponowały się z kopertową torebką w tym samym kolorze, czarny żakiecik nadał jej odrobinę elegancji, jej równo wyprostowane włosy wdzięcznie opadały na ramiona, a podkreślone bladoróżową kredką oczy i pociągnięte czerwoną szminką usta nadały jej zarówno dziewczęcego uroku jak i kobiecego szyku.
      – Obie wyglądacie jak milion dolarów – powiedział uśmiechnięty od ucha do ucha Matt, obejmując przyjaciółki ramieniem. Sam wybrał na tą okazję prostą białą koszulę, wpuszczoną w czarne spodnie od garnituru oraz czarne lakierki, nie przejmując się zupełnie ani marynarką ani krawatem, które, tego był pewien, okażą się nieodzowną częścią garderoby pozostałych studentów. On jednak od rana miał ważniejsze sprawy na głowie niż strojenie się. Już samo prasowanie spodni i koszuli pochłonęło  stanowczo zbyt wiele jego  czasu i energii, które mógł poświęcić, tak jak przez ostatnie kilka dni, na próby pogodzenia tych dwóch, wyjątkowo upartych kóz.... Bezskutecznych prób trzeba zaznaczyć, biorąc pod uwagę mrożące krew w żyłach spojrzenia, jakie dziewczyny wymieniły ponad jego ramieniem i brutalną siłę, z jaką obie równocześnie wyrwały się z jego objęć, zmierzając w dwóch przeciwnych kierunkach.
       Matt wzniósł oczy do nieba i westchnął ciężko. Wybranie dwóch kobiet o tak silnych, przywódczych charakterach na swoje najlepsze przyjaciółki był chyba najgorszą decyzją, jaką dotychczas podjął w całym swoim życiu.
       A przynajmniej tak mu się wówczas wydawało.




* * * * 


        Inauguracja roku akademickiego  miała miejsce w audytorium, zwanym Wielką Salą, do którego zestresowanych, przyszłych studentów odprowadzili profesorowie. Po drodze minęli dziedziniec i skwer zieleni, na którym zmęczone dzieciaki odpoczywały od zajęć w przerwach na lunch. Po środku okrągłego trawiastego placu znajdowało się niewielkie wzniesienie, na którym stała kamienna fontanna- sowa w okularach i z książką pod pachą wypluwała wodę przez dzióbek i zapewne studenci w czasie wiosny przychodzili tu, żeby się dla żartów pochlapać, albo ochłodzić po ciężkich godzinach, spędzonych w dusznych salach wykładowych. Elena wyobraziła sobie siebie i swoich przyjaciół na ich miejscu i mimowolnie się uśmiechnęła. Wiedziała, że dzisiejszy dzień odmieni jej życie i zastanawiała się czy na lepsze czy na gorsze.
Grupa pierwszoroczniaków liczyła około pięciuset osób i Elena naprawdę była pełna podziwu, że mimo to nie narobili wielkiego hałasu przechodząc głównym holem. W glorii chwały wkroczyli do Wielkiej Sali.
Caroline zajęła miejsce po jednej stronie Matta a Elena po drugiej. Obie udawały, że się nie znają i tak było chyba najbezpieczniej. Wpatrując się w podest, na którym w równym rzędzie ustawili się wszyscy wykładowcy oraz przedstawiciele dziekanatu odliczały sekundy do końca tego niesamowicie długiego wprowadzenia. Wyglądało to tak, jak się tego niestety spodziewano. Z początku usłyszeli wzniosłą przemowę o duchu uczelni, o ciężkiej pracy i renomie, jaką cieszy się Instytut Columbii. Następnie otrzymali oficjalne gratulacje z okazji wkroczenia na nową drogę życia a następnie pani dziekan, zajmująca się kwestią przydziału, zarządziła podzielenie studentów na tych, którzy wybrali tryb dziennych i tych, którzy skorzystali z oferty studiów zaocznych. Wyczytanie kolejno nazwisk również zajęło sporo czasu, a gdy w końcu Elena i Caroline stanęły po przeciwnych stronach sali i zostały przydzielone do grup zajęciowych obie czuły napięcie, wiszące w powietrzu.
 – Kolejne kłamstwo?  – syknęła blondynka, gdy wreszcie dostali pozwolenie, by rozejść się do domów. 
Elena doskonale wiedziała, że chodzi jej o zatajenie faktu, że aplikowała na studia zaoczne. Przecież doskonale wiedziała, że przyjaciółka już w wieku trzynastu lat spisała w swoim zielonym dzienniczku każdy szczegół dotyczący swojego przyszłego studenckiego życia. Na liście znalazło się wspólne mieszkanie z przyjaciółmi, wspólne zajęcia, wspólne imprezy, wspólna nauka.... Caroline nie cierpiała, gdy coś szło niezgodnie z jej planem a Elena nie wyprowadziła jej z błędu, gdy ta przez bite dwa miesiące ekscytowała się, że będą mogły dzielić kolejny ważny etap w swoim życiu. 
 – Wiesz, kogo ona mi przypomina?  – warknęła Elena do Matta, który już otwierał usta, zapewne z zamiarem wygłoszenia kolejnej tyrady na temat ich braku dojrzałości i kłotni bez określonego powodu  – mojego brata. 
 – Jeremiego?  – zdziwił się blondyn  – z tego co zdążyłem się zorientować to dosyć spokojny dzieciak.
Elena zmarszczyła brwi i dopiero po sekundzie dotarł do niej sens jego słów. Oczywiście miała na myśli Nika, ale skąd Matt miałby o tym wiedzieć?  To było kolejne kłamstwo, z którym musiała się uporać. 
Myśląc o tym jak okropną przyjaciółką się stałą od chwili., gdy zamieszkała w Nowym Yorku nie zauważyła chłopaka, który wyszedł z zza zakrętu dopóki na niego nie wpadła. Matt złapał ją w porę, chroniąc przed upadkiem a ona spojrzała wprost w orzechowe oczy swojej ofiary. 
 – Przepraszam  – powiedzieli jednocześnie i zaśmiali się nerwowo. Elena miała chwilę czasu, żeby mu się przyjrzeć i nie mogła się nie uśmiechnąć. Chłopak był naprawdę przystojny. Miał szczupłą, atletyczną sylwetkę, delikatne ale zarazem męskie rysy twarzy, ciemne przydługie, zaczesane do tyłu na żel włosy i śmiałe, pełne iskierek wesołości spojrzenie. Jego uśmiech może i nie zwalał z nóg, ale był z rodzaju tych, które pozostawiają po sobie mrowiące wrażenie ciepła. 
 – Caleb  – przedstawił się, wyciągając w jej stronę dłoń o smukłych palcach pianisty  – Caleb Santiago. 
 – Elena Gilbert  – odpowiedziała dziewczyna, ściskając jego dłoń w geście powitania. 
Matt odchrząknął znacząco. 
 – A to jest Mathew Donavan  – przedstawiła go Elena, chichącząc cicho  – mój najlepszy przyjaciel. 
 – Miło mi was poznać  – Caleb uśmiechnął się jeszcze szerzej o ile to było w ogóle możliwe  – na którym wydziale jesteście?
 – Matt na sportowym, ja na wydziale nauk humanistycznych. Będę studiować filologię angielską  –odparła dziewczyna natychmiast i znów roześmiała  – z tego co widzę ty także  – dodała, wskazując na naręcze książek, które trzymał pod pachą. 
 – Tak, chyba muszę je przejrzeć  – przyznał zakłopotany  – pytałem osoby z drugiego i trzeciego roku i mówiły, że gruntowana znajomość lektur to podstawa, by zaliczyć historię angielszczyzny u profesora Stranley'a. 
 – Tak, też słyszałam, że z niego straszna siekiera  – westchnęła Elena i za chwilę jej twarz znów rozświetlił promienny uśmiech  – ja listę lektur przerobiłam w wakacje. Mam nawet całkiem sporo notatek, mogłabym ci je pożyczyć jeśli chcesz. 
Spojrzenie, którym tym razem uraczył Elenę Caleb Matt znał aż za dobrze. Tak patrzyli na nią wszyscy, którzy wpadli w sidła jej uroku. 
 – Jasne  – Caleb wydawał się wniebowzięty, niczym dziecko, które dostało wymarzony prezent na święta. Matt przewrócił oczami, gdy Elena wyjęła długopis ze swojej kopertowej torebki i sięgnęła po nadgarstek Caleba. Po chwili widniało na nim kilka strannie wypisanych cyfr. 
 –   Zadzwoń jak będziesz miał ochotę  – rzuciła Elena z właściwą sobie prostotą  – umówimy się. 
 –   Bardzo subtelny podryw  – zaśmiał się Matt, gdy Caleb zniknął z zasięgu ich wzroku. 
 –   Nie wiem o czym mówisz  –prychnęła Elena  – nikogo nie podrywałam, zaoferowałam tylko koleżeńską pomoc. 
 – Ty chyba sama nie zdajesz sobie sprawy z tego jak działasz na tych wszystkich facetów...  – zaczął, ale przerwała mu seria dźwięków, sygnalizujących nadchodzące esemesy. Elena sięgnęła po telefon i uśmiechnęła się pod nosem, czytając je wszystkie. 
 – Co? Kochaś już się stęsknił?  – zażartował Matt, za co Elena packnęła go w ramię wolną dłonią. 
 – Nie, napisała do mnie cała rodzinka. Gratulują mi z okazji przyjęcia na studia. 
Rebekah pisała, że jest z niej dumna, Alarick obiecał mentalnego kopniaka na szczęście, Jenna w wyjątkowo jak na nią kwiecistych słowach opisywała swoje wzruszenie, Jeremy ograniczył się do krótkiego "Maggie mówi, że jesteś najlepsza. Uważaj na siebie siostra", Kol obiecał zabrać ją na wielką imprezę z tej okazji, za to Klaus zapowiedział, że skopie jej tyłek jeśli jeszcze raz zwątpi w swoje umiejętności.
Już chciała mu przeczytać choć część z tych wiadomości, ale w porę zorientowała się, że wobec tego musiałaby się zdradzić ze swoim powiązaniem z Mikealsonami. 
Elena zaklęła siarczyście pod nosem. Życie na włąsną rękę okazało się trudniejsze, niż się spodziewała. 




* * * *
Rebekah Mikealson spojrzała w lustro poprawiając swoje złote włosy ułożone w loki w stylu retro i westchnęła ciężko, zerkając na kanapę, na której wciąż smacznie spał Enzo. Wczorajszy wieczór przeciągnął się do takich godzin, że gdy Marshall w końcu odwiózł ją do domu nie miała serca odesłać go z kwitkiem i skazać na co najmniej godzinną podróż na drugi koniec miasta. Nie po tym jak pojechał z nią na komisariat, uregulował jej mandat i przeczekał trzy godziny w korkach bez słowa protestu. Zaproponowała mu nocleg, wyraźnie zaznaczając granice, których nie może przekraczać a mimo to pół nocy się spierali o łazienkę, miejsce do spania i w końcu usnęli dopiero nad ranem koło godziny trzeciej. 
Mężczyzna niesamowicie ją irytował, to prawda. Niemal żałowała, że okazała mu tyle serca i nie kazała spać w korytarzu albo wracać do domu. Mimo to nie mogła powstrzymać myśli, że gdy z jego twarzy znikał ten irytujący uśmieszek zwycięscy i wszelkie oznaki pogardy czy złośliwego rozbawienia wyglądał naprawdę uroczo, można by się nawet pokusić o stwierdzenie, że słodko. Mimo woli do jej umysłu napłynął potok wspomnień, których nie umiała powstrzymać. 


Trzy lata wcześniej 


Ze snu wybudziło ją nagłe uderzenie gorąca, niosące za sobą falę rozkoszy. Westchnęła i oblizała wargi z błogim uśmiechem. Senność nie pozwoliła jej w pełni oszacować sytuacji, więc gdy poczuła kolejną falę przyjemności westchnęła i wygięła plecy w łuk. Z zadowoleniem uchyliła powieki i wtedy zamarła. 
Znajdowała się w pokoju, który z pewnością nie należał do niej. Kołdra, która ją okrywała poruszała się w rytm warg i języka, wpijających się w jej kobiecość. 
"To nie może być sen"- pomyślała zamroczona, gdy wbrew sobie odrzuciła głowę w tył i jęknęła przeciągle. Jej oddech z każdą chwilą przyspieszał. Teraz niemal dyszała, walcząc o odzyskanie kontroli nad własnym ciałem. Ostatkiem sił odrzuciła kołdrę i krzyknęła na widok swojego nagiego ciała. Spomiędzy jej zgiętych w kolanach, bezwstydnie rozrzuconych nóg spoglądała na nią para czarnych, figlarnych oczu. Chłopak zassał jej koralik i chłeptał jej soki, rozkoszując się dźwiękami, które z siebie wydawała. Rebekah nie mogła myśleć jasno i dopiero po chwili zorientowała się, że to ten sam chłopak, który zaczepił ją na przyjęciu. Z którym piła, tańczyła, z którym opuściła bal, z którym... 
 – O nie!  – krzyknęła. Wplotła palce w jego włosy i spróbowała go odciągnąć, ale to spowodowało jedynie, że z jeszcze większym zaangażowaniem penetrował jej kobiecość. Niespodziewanie włożył w nią dwa palce i zaczął ją masować od wewnątrz. Jednocześnie wciąż językiem drażnił jej łechtaczkę. Rebekah wbiła paznokcie jednej dłoni w skórę jego głowy, drugiej w prześcieradło, które chwilę potem poszło w strzępy. Drżała z rokoszy. 
 – Co robisz... Przestań, słyszysz? Nie zgadzam się... Nie pozwoliłam ci... Proszę... Błagam... Przestań...  – wyrzucała z siebie jękliwie, dysząc ciężko  – proszę..... Aaaaaaaaah!  – krzyknęła, gdy jej świat rozpadł się na milion kawałeczków a przez jej ciało przetoczyła się fala potężnego orgazmu, który odebrał jej świadomość, zdolność myślenia i oddychania. Jak przez mgłę słyszała krzyki, które chyba należały do niej. Chłopak wciąż wybijał w jej wnętrzu rytm, który tylko przedłużył tę słodką torturę a potem podciągnął się na łokciach i pocałował ją z mocą. Na języku poczuła smak swojego podniecenia, gdy nie myśląc już kompletnie zarzuciła mu ręce na szyję i pozwoliła w siebie wejść mocno, do końca. Każde jego uderzenie powodowało wibracje, fale rozkoszy i wreszcie orgazm tak potężny, że jeszcze długo potem nie wiedziała, co właściwie się z nią działo. W jednej chwili przypomniały jej się wydarzenia z poprzedniej nocy, gdy ona również była stroną aktywną i z pełną premedytacją dawała mu przyjemność, o jakiej nie marzył. Byli jak dwa krzemienie, których spotkanie wywołało dziki ogień. 
Dopiero trzy godziny później Rebekah uświadomiła sobie, co tak naprawdę zrobiła i to napełniło ją początkowo przerażeniem. Przespała się z nieznajomym, oddawała mu się całą noc a potem jeszcze nad ranem. W dodatku nie umiała odmówić sobie rozkoszy, do której właściwie ją przymusił. 
Zerwała się z łóżka bez słowa i rzuciła w kierunku leżącej na podłodze sukienki. Chciała się ubrać i jak najszybciej stąd wyjść. Zapomnieć, że coś podobnego w ogóle miało miejsce, że wykazała się aż takim rażącym brakiem samokontroli. 
Niestety okazało się, że w jej rękach nie znalazła się piękna złota suknia, lecz kawałki postrzępionego materiału, w ogóle nie nadające się do użytku. 
 – Spójrz co zrobiłeś!  – warknęła na chłopaka, który przyglądał się jej poczynaniom z lubieżnym uśmiechem, błąkającym się po wargach. – Masz pojęcie ile ona kosztowała? 
 –  Wczoraj nie narzekałaś  – odparł brunet lekceważąco, podciągając się na łokciach  – o co ci chodzi? Jeszcze przed chwilą krzyczałaś z rozkoszy a teraz udajesz czerwonego kapturka, na którego napadł zły wilk. 
 –   To był jeden z największych błędów mojego życia  – oświadczyła dziewczyna z mocą  – plusy są takie, że żadne z nas nie będzie o tym pamiętać. 
 –   Och, ranisz moje serce  – mężczyzna zaśmiał się cicho  – takiego seksu nie da się zapomnieć. Szczerze liczę na powtórkę. 
 –   Szczerze się rozczarujesz  – Rebekah zmrużyła oczy gniewnie i uniosła głowę z właściwą wszystkim Mikealsonom wyniosłością  – wykorzystałeś fakt, że wypiłam za dużo  –dodała z pretensją w głosie, wydymając wargi. 
Brunet zmrużył oczy z rozbawieniem. Stała przed nim naga, piękna niczym anioł i diabelnie seksowna dziewczyna, kipiąca gniewem. Jak miał się skupić w takich warunkach? 
 –  Czy ty w ogóle znasz moje imię?  – spytała z wyraźną kpiną w głosie wybudzając go z transu, w który wprowadził go widok jej idealnie krągłych, jędrnych piersi. Dopiero teraz Rebekah zorientowała się jak się przed nim prezentuje i czym prędzej zerwała z niego kołdrę okrywając się nią szczelnie. Nei straciła jednak rezonu. 
 – Nie wiem jak ty, ale ja nie mam zwyczaju sypiać z nieznajomymi  – powiedziała jadowicie, na co ten znów się roześmiał. 
 – W takim razie jak ja mam na imię?  – spytał a ta przygryzła dolną wargę. Wiedział, że wybił jej z rąk wszelkie argumenty i ona też o tym wiedziała. To jeszcze bardziej ją rozwścieczyło. Prychnęła niczym rozsierdzona kotka i nim się obejrzał zarzuciła na siebie jego koszulę. 
 – Zacznijmy od nowa  – zaproponował, z ledwością powstrzymując śmiech  – Enzo Marshall, przyszła gwiazda Salva-Tower Fashion. 
 – Rebekah Mikelason  – odparła dziewczyna odwracając się do niego z nieskończenie słodkim uśmiechem  – miło mnie poznać, z pewnością. *
Enzo zamrugał kilkukrotnie oszołomiony. Tego się kompletnie nie spodziewał. 
 – Chodzi ci o tych Mikealsonów?  – upewnił się a Rebekah przewróciła oczami. 
 –   Andrew jest moim ojcem jeśli o to ci chodzi. Nie wiem czy moi bracia ucieszyliby się z przyjęcia do pracy kogoś, kto już pierwszego dnia uwodzi ich małą siostrzyczkę.  – dodała z udawanym żalem. 
Rodzina Mikealsonów znana była w kraju i na świecie. Oficjalnie prowadzili rodzinny biznes, dom mody, ale wszyscy wiedzieli, że Andrew i co najmniej jeden z jego synów prowadzili nielegalne i wysoce niebezpieczne interesy. To byli niebezpieczni ludzie, z którymi lepiej było nie zadzierać. 
Enzo nie dał jednak po sobie poznać, że cokolwiek go to obeszło.  
 – Myślę, że byliby bardziej zdruzgotani faktem jak łatwo ową siostrzyczkę uwieźć  – powiedział z szerokim uśmiechem. 
Rebekah drapieżnie zmrużyła oczy. 
 –   Daj spokój, dlaczego się wściekasz? Nie byłąś chyba dziewicą?  – roześmiał się, dumny z tak wybitnego żartu. 
Rebekah rzuciła w niego strzępami swojej kreacji.
 –   Jeśli chcesz tą robotę odkupisz mi zniszczoną sukienkę. Kosztowała osiemset trzydzieści sześć dolarów  – oznajmiła głosem nieznoszącym sprzeciwu i nie czekając na jego odpowiedź wyszła z pokoju hotelowego. 
Mimo, że miała na sobie jedynie bieliznę i jego koszulę z poprzedniego wieczoru zachowała godność. Patrzył za nią w oszołomieniu z wielkim zafascynowaniem, wciąż poruszony tym, co przed chwilą się wydarzyło. 
Koszuli rzecz jasna już nigdy nie odzyskał. 

 Rebekah wybudziła się ze wspomnień i spojrzała na śpiącego mężczyznę. Co ona sobie w ogóle myślała zapraszając go do domu? 
Nie zastanawiając się chwyciła jego dżinsy, leżące na podłodze i rzuciła z całej siły w jego kierunku. Enzo podskoczył gwałtownie, gdy sprzączka od paska uderzyła go w twarz i z głuchym łoskotem osunął się na podłogę. 
Rebekah stanęła nad nim niczym mroczny anioł zemsty, przekrzywiając głowę z rozbawieniem. 
 – Koniec tego dobrego, masz pół godziny na szybki prysznic i opuszczenie mojego domu  – oznajmiła i ruszyła w kierunku kuchni. 
 – A co ze śniadankiem do łózka?  – zawołał za nią, rozcierając obolały policzek. 
Rebekah zatrzymała się i obejrzała na niego ze słodkim uśmiechem. 
 – Tego chyba nie było w pakiecie  – stwierdziła z rozbawieniem i zamknęła za sobą drzwi. 


* pamiętacie tą scenę, gdy w trzecim sezonie Klaus opuścił Mystick Falls a Rebekah postanowiła się wprowadzić się do Salvatore'ów? No więc mamy tu tekst z tamtej sceny. Pamiętam, że śmiałam się jak głupia, gdy po raz pierwszy usłyszałam ten dialog: 
"Damon: You're Klaus' sister? (jesteś siostrą Klausa? )
Rebekah: Rebekah. Pleasure, I'm sure (Rebekah. Miło mnie poznać jak sądzę)". 
No cóż, lepiej to brzmi w oryginale xD 
Nie wiem jak wy, ale ja kocham bezczelną Rebekah ;P